Rama z ramion to wciąż dla Flynna za mało? On nie potrzebował wcale stelaża wbrew sytuacji serca, która go opętała wątpliwością. Ktoś chciał mu kiedyś wiązać wstążkę na szyi, więc Cierpienie podłapało zabawę - postanowiła być pierwsza i zawiązać swoją. Zacisnąć, docisnąć, niech drga grdyka jak płyta perkusji, na której werbel wygrywa perkusja. Nie potrzebował stelaża nawet dlatego, że słabł w oczach i jego bieda nie była liczona w pieniądzach - liczyła się w odpływających pragnieniach, kiedy on uparcie bił dłońmi o wodę i nie rozumiał, dlaczego nie mógł za nimi płynąć. Mógł stać się dla niego stelażem życia, ten anioł był w końcu na tyle aroganckim, żeby nie wątpić w swoje białe skrzydła, które podniosą napisaną ludzką rękę tragedię w tym dramacie o czterech aktach. Lecz z siły ramion mógł tylko zapewnić, że go trzyma i że będzie dla niego ramą fatalnego obrazu, który rozmywał się i rozlewał. Łkała farba na podłogę, bo to już nawet nie człowiek namalowany na niej płakał. Za dużo łez przelało się tego jednego wieczoru. Stworzony z terpentyny Crow nie mógł się tak rozmywać. Nie mógł tracić i wychodzić ze swojej roli, bo przecież kim wtedy by był? Zagadka, jakże trudna - skąd! Nadal byłby Crowem. Tym samym Crowem, którym będzie za godzinę, za tydzień i którym był dziś. Zmiana była Matką, która przytulała każde ze swoich dzieci do piersi tak samo, jak Teraz Laurent trzymał Flynna. Przysiągłby, że trzyma kolejnego Zimnego w ramionach gdyby nie przekonał się, jak cudownie gorące potrafi być ciało tego człowieka. Obiecujące cuda niestworzone, oszałamiająco kocio-przyjemne, a rozumiał to tylko ten, który kociego ciepła zakosztował. Ten rozmazany Crow nadal był Crowem - potrzebował tylko nowej ramki i nowego uśmiechu, żeby sobie o tym przypomnieć.
Przeciągnął opiekuńczo dłonią po włosach głównego bohatera naszego greckiego dramatu i uśmiechnął się do niego czule. Z pewnością nie był jego Eurydyką, ale trudno - on również był tym obrazem, który potrzebował odpowiedniej ramy, ale był też tym obrazem, który chciał wcisnąć się na chwilę obok tego drugiego obrazka. Musieli wyglądać razem pięknie, wcale w to nie wątpił. Porzucone dziecko z całkowicie zniszczonym życiem, morderca i złodziej, wrona z przeznaczeniem zatracenia, co tylko Piekło jej wskazywali. Jeśli chwila mogła zostać zatrzymana, żeby Flynn poczuł życie w swojej piersi, to czy nie byłby właśnie jak Eros schodzący do Psyche, podtrzymujący ją w swoich ramionach jak na rzeźbie Antonio Canovy?
Oczy Laurenta nerwowo przeglądnęły otoczenie i kalkulowały czy może sobie pozwolić na to, żeby go puścić i żeby pójść po bandaże, czy może jednak powinien zawołać Migotka, który mógł mu to przynieść? Wiedział, że skrzat był aż nadmiernie chętny do pomocy, co wcale nie sprawiało, że chciał go eksploatować.
- Nikomu o tym nie powiem. - Obiecywał dalej, a obiecywał szczerze. - To zostaje tylko między nami. - Przez moment chciał powiedzieć, że przecież sam o tym już nie pamięta, że nic się nie stało, ale sam by nie chciał czegoś takiego usłyszeć. Stało się. Stało, a ktoś był przy tobie, żeby cię trzymać. To wcale nie było takie warte zapomnienia, nawet kiedy wstyd krępował człowieka. - Pójdę po eliksir dla ciebie i bandaże. - Zrobił tutaj pauzę, żeby zorientować się w reakcji tej zmarzniętej, biednej istoty i upewnić, że nie nastąpi przy tym atak paniki, że nie chce być puszczany. - Jeśli nie czujesz się stabilnie to pomogę ci usiąść najpierw na podłodze? - Widział, że siedzi stabilnie, wręcz zadziwiająco stabilnie. I tak, miał tę świadomość, że gdyby leciał z nóg, to nie dałby rady go utrzymać samodzielnie. I jeśli się zgodził to Laurent prawie biegiem, na tyle na ile w tym rozedrganiu był w stanie, ślizgając się trochę na mokrej podłodze i depcząc tymi bosymi stopami te niedopałki fajek, dopadł do szafki, żeby wyciągnąć z niej domową apteczkę i zaraz wrócić z nią do Flynna. Położył pudełko na tej mokrej wannie, patrząc ze zgrozą na ranę. Bardziej białej twarzy z trwogi już mieć nie miał, więc i nie mógł stracić rezonu, za to wszystko się w jego bebechach i tak ściskało na ten widok. - Wypij. - Wręczył mu małą fiolkę z eliksirem wiggenowym, odkręcając najpierw, gotów przytrzymać mu dłoń i pomóc w tym, żeby tylko mu tutaj nie fiknął z powrotem do wanny. Bardzo się starał, żeby dłonie mu nie drżały, kiedy nakładał na nią opatrunek. Powinien to zobaczyć lekarz... Przecież będzie z tego brzydka blizna.