20.10.2022, 13:22 ✶
Czy Brennę zaskoczył list od Seraphiny? Chyba niekoniecznie. Rodzina Longbottomów słynęła z angażowania się w działalność charytatywną i wszyscy najbliżsi krewni Brenny zadbali, aby o wydarzeniu już zaczynało być głośno. W efekcie kobieta musiała się wprawdzie starać o datki, ale nie aż tak, jakby można było się spodziewać. Niektórzy zgadzali się z ciekawości, inni chcąc w ten sposób pokazać wielkoduszność, a jeszcze inni – tylko dlatego, że zrobiła to konkurencyjna rodzina.
Jeżeli szło o Seraphinę, Brenna stawiała, być może mylnie, że szło o kaprys. Były na jednym roku w Hogwarcie, a choć ich pokoje wspólne mieściły się tak daleko od siebie, jak to tylko możliwe, nie dało się tak całkiem przegapić istnienia drugiej osoby w tym samym wieku. Niezależnie jednak od tego, co nią kierowało ani co miała zamiar podarować – Brenna stawiła się na miejscu punktualnie.
Odwiedzając ludzi w sprawie balu zwykle występowała w jednym ze swoich trzech wcieleń. Była „Huraganem Brenną”, rozczochranym, rozgadanym indywiduum w luźnych szatach dla znajomych, „Asystentką Longbottomów”, dla tych, którzy jej nie znali i chętnie załatwiali takie szczegóły z mniej ważnymi od siebie i „Panienką Longbottom” dla innych. Kasyno i Seraphina wydawali się jej wymagać tej trzeciej wersji. Kiedy więc została zaprowadzono do pomieszczenia, włosy miała więc starannie uczesane, a na sobie szatę niezbyt strojną i utrzymaną w stonowanych kolorach, ale dla tych, którzy sami mieli pieniądze, swoim starannym krojem i wysokiej jakości materiałem dającą jasny komunikat.
- Panno Prewett – odparła, posyłając kobiecie uśmiech. Na jej twarzy próżno by szukać zdenerwowania, niepewności czy zmęczenia. Można było zakładać, że po prostu starannie się maskuje, ale Brenna prawdopodobnie równie swobodnie czułaby się w leśnej chacie, jak w pałacu Buckingham i do obu wkraczała z równie radosnym wyrazem twarzy. Nawet jeżeli jakieś tak głęboko zakorzenione, gryfońskie odruchu podpowiadały, że cokolwiek podaruje Ślizgon, trzeba później sprawdzić. Tak na wszelki wypadek. Nie wydawało się też, aby przygotowania wprawiały ją w panikę. Przynajmniej jeszcze nie.
Spojrzenie Brenny prześlizgnęło się po sukni, później po wnętrzu. Z nieukrywaną ciekawością, chociaż dość szybko wzrok wrócił do twarzy Prewettówny: na tyle prędko, by rozglądania nie uznać za niegrzeczne.
– Mam nadzieję, że dobrze. Jeśli tylko nie dopuszczę mojego brata w pobliże kuchni w dniu wydarzenia, wszystko powinno potoczyć się, jak trzeba – oświadczyła, zajmując wskazane jej miejsce w fotelu. – Obawiam się, że opowieść o szczegółach byłaby nudna, ale już udało mi się zdobyć coś, co będzie hm… gwoździem licytacji.
Własnego brata, znaczy się. Ciekawe, czy Erik przeczuwał, co planowała jego siostra. Podejrzewała, że tak, znał ją w końcu dobrze. I właśnie dlatego spokojnie przyjmował swój los.
– Będę wdzięczna. Oczywiście, dostarczamy wszystkie potrzebne pokwitowania, wręczamy zaproszenie na bal oraz udostępniamy listy darczyńców, jeśli ci nie mają innego życzenia. A gdyby przypadkiem nasz dom na przykład zalało w dniu balu i nie doszedł do skutku… - …albo Erik faktycznie zaszedł do kuchni i doprowadził do pożaru… … wszystkie przedmioty zostaną zwrócone.
Były dwie listy, jedna wewnętrzna, druga udostępniana prasie i z nazwiskami wspominanymi, kto przekazał konkretny przedmiot. Większość życzyła sobie znaleźć na tej drugiej.
Jeżeli szło o Seraphinę, Brenna stawiała, być może mylnie, że szło o kaprys. Były na jednym roku w Hogwarcie, a choć ich pokoje wspólne mieściły się tak daleko od siebie, jak to tylko możliwe, nie dało się tak całkiem przegapić istnienia drugiej osoby w tym samym wieku. Niezależnie jednak od tego, co nią kierowało ani co miała zamiar podarować – Brenna stawiła się na miejscu punktualnie.
Odwiedzając ludzi w sprawie balu zwykle występowała w jednym ze swoich trzech wcieleń. Była „Huraganem Brenną”, rozczochranym, rozgadanym indywiduum w luźnych szatach dla znajomych, „Asystentką Longbottomów”, dla tych, którzy jej nie znali i chętnie załatwiali takie szczegóły z mniej ważnymi od siebie i „Panienką Longbottom” dla innych. Kasyno i Seraphina wydawali się jej wymagać tej trzeciej wersji. Kiedy więc została zaprowadzono do pomieszczenia, włosy miała więc starannie uczesane, a na sobie szatę niezbyt strojną i utrzymaną w stonowanych kolorach, ale dla tych, którzy sami mieli pieniądze, swoim starannym krojem i wysokiej jakości materiałem dającą jasny komunikat.
- Panno Prewett – odparła, posyłając kobiecie uśmiech. Na jej twarzy próżno by szukać zdenerwowania, niepewności czy zmęczenia. Można było zakładać, że po prostu starannie się maskuje, ale Brenna prawdopodobnie równie swobodnie czułaby się w leśnej chacie, jak w pałacu Buckingham i do obu wkraczała z równie radosnym wyrazem twarzy. Nawet jeżeli jakieś tak głęboko zakorzenione, gryfońskie odruchu podpowiadały, że cokolwiek podaruje Ślizgon, trzeba później sprawdzić. Tak na wszelki wypadek. Nie wydawało się też, aby przygotowania wprawiały ją w panikę. Przynajmniej jeszcze nie.
Spojrzenie Brenny prześlizgnęło się po sukni, później po wnętrzu. Z nieukrywaną ciekawością, chociaż dość szybko wzrok wrócił do twarzy Prewettówny: na tyle prędko, by rozglądania nie uznać za niegrzeczne.
– Mam nadzieję, że dobrze. Jeśli tylko nie dopuszczę mojego brata w pobliże kuchni w dniu wydarzenia, wszystko powinno potoczyć się, jak trzeba – oświadczyła, zajmując wskazane jej miejsce w fotelu. – Obawiam się, że opowieść o szczegółach byłaby nudna, ale już udało mi się zdobyć coś, co będzie hm… gwoździem licytacji.
Własnego brata, znaczy się. Ciekawe, czy Erik przeczuwał, co planowała jego siostra. Podejrzewała, że tak, znał ją w końcu dobrze. I właśnie dlatego spokojnie przyjmował swój los.
– Będę wdzięczna. Oczywiście, dostarczamy wszystkie potrzebne pokwitowania, wręczamy zaproszenie na bal oraz udostępniamy listy darczyńców, jeśli ci nie mają innego życzenia. A gdyby przypadkiem nasz dom na przykład zalało w dniu balu i nie doszedł do skutku… - …albo Erik faktycznie zaszedł do kuchni i doprowadził do pożaru… … wszystkie przedmioty zostaną zwrócone.
Były dwie listy, jedna wewnętrzna, druga udostępniana prasie i z nazwiskami wspominanymi, kto przekazał konkretny przedmiot. Większość życzyła sobie znaleźć na tej drugiej.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.