Nie miała do stracenia absolutnie niczego; wywodząc się z abstrakcyjnie bogatej rodziny o ogromie kultywowanych tradycji i wyśrubowanym poczuciu własnej godności, idącym w parze z przekonaniem o lepszości – w niej także te ochłapy wychowania połyskiwały na cynicznej osobowości; do snobki było jej niewątpliwie daleko, nie przejawiała zachowania tożsamego do primadonny, a jej zgorzkniały charakter wywodził się z wrodzonego obraźliwego stoicyzmu, którym porażała już jako niewielkie, kilkuletnie dziecko. Nie kochała nikogo, nikogo też nie potrzebowała, a własną niezależność uważała za największy sukces w kruchej konstrukcji życiorysu. Musiała się pilnować, musiała być biegła w sztukach nekromanckich z niemniejszą wprawą, niż percepcyjnych – droga medyka sądowego zaprowadziła ją na usypane ze złota szczyty ministerialne, z których spoglądała na świat z diademem koronera na skroniach.
Nie musiała uważać się za lepszą. Była lepsza.
Siadała za barem kasyna niezwykle często, popijając elegancki drink z palemką, który słodyczą łączoną z cierpkim smakiem tequili mile rozlewał się w kubkach smakowych. Była niechybnie typem obserwatora – pilnie przyglądała się spoconym dłoniom, nerwowym tikom, siarczystym przekleństwom i rozczarowaniem przegraną tak gęstym, iż można było je niewątpliwie ukroić tępym nożem.
Była sama hazardzistką, jednak ten nałóg – w przeciwieństwie do laudanum – nie pochłonął jej w całości; zostawił tlącą się iskrę samozachowawczą, którą chwaliła w sobie, gdy noce zastawały ją nieśpiącą, a świt leniwie tańczył odbiciem w piwnych tęczówkach. Wstęgi słońca często ślizgały się po jej obliczu, rozganiane przez trzepot welonu kruczych rzęs – prawdopodobnie gdyby tylko sypiała lepiej, rzadziej jej kroki sunęłyby ku rozpuście hazardowej.
Oparła podbródek na wnętrzu dłoni, przyglądając się mężczyźnie z ciekawością zachwianą zblazowanym wyrazem twarzy, przez który szeptem przebijały się nuty zaintrygowania. Nie od dziś faktem figurowało, iż za kompanią nie przepadała, gardząc towarzystwem absolutnej większości ludzi; tym razem nie było inaczej. Może to te wszystkie nieprzespane noce wpływały na nią tak, iż zatracała własny stalowy charakter?
Dopiero gdy migotliwe światło upadło na jej oblicze, mógł zauważyć ledwo dostrzegalne pod warstwą makijażu cienie pod oczami – wory osoby, która w ciągu ostatnich trzech dób zasnęła raptem na trzy, może cztery przy dobrej wierze, godziny.
– Nie szukam ofiar, nie bawi mnie bawienie się ludźmi – skłamała miękko. – Dostatecznie się pogrążają bez mojej łaskawej pomocy. Oglądanie ich w naturalnym habitacie na co dzień jest wystarczająco dobrą zabawą – tym razem zabrzmiała faktyczną prawdą.
Słomką zamieszała drink, w którym lód powoli zaczął topnieć, rozwadniając treść trunku.
– Nie postawię ci niczego. Jestem za młoda na posiadanie utrzymanka – parsknęła, jednak odmowa obecna w tonie jej głosu była niezwykle wymowna.