27.05.2024, 15:31 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.05.2024, 16:29 przez Alexander Mulciber.)
Próbuję po cichu wbić się na wesele gdzieś koło wejścia do sali bankietowej.
Mógł po prostu zabrać Lorettcie jej zaproszenie na ten żałosny ślub - nie sądził, by zauważyła, że jedną ręką gmera w jej prywatnej korespondencji, jeżeli drugą akurat strzeliłby jej palcówkę - i chuj z tym, że zdążył jej już z dziesięć razy powiedzieć, że na żadne wesele nie idzie: powstrzymywał się tylko dlatego, że nie miał ochoty na rozmowę z żoną twarzą w twarz. Mógł wmieszać się w kolorową czeredę cyrkowców i kuglarzy, których wynajęto, by swoimi popisami uświetnili uroczystość: jeżeli ktoś nie wierzył, że potrafi odegrać rolę klauna w nudnym, acz eleganckim garniturze i pod krawatem, powinien go zobaczyć, jak składał przysięgi na swoim własnym ślubie. Mógł też po prostu zacząć trajkotać po cygańsku, co mu ślina na jezyk przyniesie, okraszając to obleśnym uśmiechem i łamaną angielszczyzną z rodzaju "piękny pan, daj powróżyć", zagłuszając protesty ochroniarzy głośnym szelestem zręcznie tasowanych kart tarota.
Tak jak Alexander Mulciber miał w dupie całe to wesele, zadziwiająco mocno pragnął się na nie wkręcić na krzywą mordę.
Nie z chęci celebracji arystokratycznego splendoru, nie dla hektolitrów darmowego alkoholu, nie dla towarzystwa - choć Diana, w jednym z rzadkich przebłysków świadomości poinformowała go, że wybiera się na uroczystość razem ze swoją popierdoloną macochą, a bliscy mu Eden i Morpheus także otrzymali zaproszenie - nie dlatego, że żywił w stosunku do Perseusa Blacka czy jego wybranki jakieś cieplejsze uczucia, nie, to wszystko nie miało znaczenia.
Po prostu chciał wkurwić Louvaina Lestrange'a.
Nie musiał w tym celu robić absolutnie niczego. Wystarczyło, że by się tu pojawił. Sama tylko obecność Mulcibera wystarczyła, by jego skurwysyński szwagier miał ochotę wypruć sobie żyły zębami - jego brudna, przeklęta krew idealnie wkomponowałaby się we wszechobecne czerń i szkarłat, pomyślał mściwie - Alex był przekonany, że gospodarze podziękowaliby mu wręcz za pomoc przy dekorowaniu sali, a reszta gości - pogratulowała kreatywności przy realizacji motywu przewodniego.
Alexander nie obawiał się nieuchronnej konfrontacji z bratem Loretty.
Bał się, że czując zapach jego krwi - krwi Blacków, której psychodeliczne właściwości były mu aż nazbyt dobrze znane - porzuci myśl o zrobieniu mu krzywdy: że tylko przyssie się do jego nadgarstków, żeby wychłeptać jego krew, jak wampir, aż po Louvainie Lestrange'u pozostanie tylko wyschnięte truchło, które można będzie umieścić w zakurzonym archiwum sali śmierci Departamentu Tajemnic.
- Chcesz mi powiedzieć, że nic nie jest gotowe?
Alexander powoli opuścił dłoń, w której trzymał papierosa. Na jego twarzy pojawił się skonfundowany wyraz niedowierzania, a ochroniarz, który szukał wymyślonego naprędce nazwiska na liście gości, zastygł, wychwytując nagłą zmianę tonu mężczyzny. Mulciber był od niego wyższy o głowę. Niebieskie ślepia jasnowidza żarzyły się niebezpiecznie, choć przygnieciony butem pet już dawno zgasł. Opuścił, co prawda, ceremonię zaślubin, ale na uczcie weselnej pojawił się jako pierwszy, kryjąc się przed wzrokiem innych gości, którzy mogli wcześniej wyjść z Kaplicy.
- Miało tu czekać przygotowane stanowisko ze spersonalizowanymi wróżbami dla młodej pary. Specjalnie sprowadzałem inkrustowane rubinami astrolabium pod wystrój sali. Tarot, chiromancja, prezentacja portretów numerologicznych, haruspicje nad tortem weselnym... - Nie pozwolił sobie przerwać, dziko dźgając paluchem, na którym błyszczał ozdobiony runami, cygański pierścień, w pierś protestującego mężczyzny. - Słuchaj no - wycedził. Głos Mulcibera był ostry, przepełniony ledwo tłumioną agresją i zdecydowaniem, które domagało się posłuchu. - Mistrz Dolohov będzie tutaj lada chwila, by przedstawić młodej parze przygotowane przezeń wróżby, a ja odpowiem przed nim głową, jeżeli coś się nie powiedzie. - Alexander wziął głęboki oddech, jak gdyby próbował się uspokoić, ale to był tylko wstęp do czekającej ochroniarzy tyrady. Bawił się świetnie.
- Czy ty, kurwa, wiesz, z jakiego formatu gwiazdą masz do czynienia? Nie słyszałeś o Vakelu Dolohovie? On nie wypadł kurwa nundu spod ogona, tak jak ty i ta wywłoka, co wydała cię na świat. "Podaj mi nazwisko, nazwisko"... - zaczął przedrzeźniać portiera. - Nie umiesz czytać, przygłupie? Vakel Dolohov, jasnowidz, numerolog, badacz ścieżek losu, pisarz i publicysta, ma własną rubrykę w Proroku Codziennym, ale twój kontakt z literackim geniuszem pewnie ogranicza się do podtarcia dupy gazetą, zgadłem? Moje nazwisko nie jest tu istotne, ja jestem tylko jego asystentem, i -- Na Merlina, przecież on mnie wyleje z roboty. - jęknął nagle, zduszonym głosem.
Puścił Matce ducha winnego typa, którego, nie wiedzieć kiedy chwycił za fraki, choć jego jedyną winą było to, że odpowiadał za sprawdzanie listy gości. - Już mu ostatnio podpadłem, bo przyniosłem mu kawę z mlekiem z chropianka zamiast z matagota... - przycichł. Popatrzył na ochroniarzy z rezygnacją wypisaną na twarzy.
- Jak mnie wpuścicie, to pokażę wam karcianą sztuczkę. - Zmęczenie w głosie Alexandra Mulcibera było szczere. Wyciągnął talię kart z kieszeni spodni. - Wybierz, kurwa, kartę.
rolluję niby na charyzmę, ale znając moje szczęście, pójdzie porażka, więc tak ogólnie korzystam z przewagi ZASTRASZANIE :gnije:
Mógł po prostu zabrać Lorettcie jej zaproszenie na ten żałosny ślub - nie sądził, by zauważyła, że jedną ręką gmera w jej prywatnej korespondencji, jeżeli drugą akurat strzeliłby jej palcówkę - i chuj z tym, że zdążył jej już z dziesięć razy powiedzieć, że na żadne wesele nie idzie: powstrzymywał się tylko dlatego, że nie miał ochoty na rozmowę z żoną twarzą w twarz. Mógł wmieszać się w kolorową czeredę cyrkowców i kuglarzy, których wynajęto, by swoimi popisami uświetnili uroczystość: jeżeli ktoś nie wierzył, że potrafi odegrać rolę klauna w nudnym, acz eleganckim garniturze i pod krawatem, powinien go zobaczyć, jak składał przysięgi na swoim własnym ślubie. Mógł też po prostu zacząć trajkotać po cygańsku, co mu ślina na jezyk przyniesie, okraszając to obleśnym uśmiechem i łamaną angielszczyzną z rodzaju "piękny pan, daj powróżyć", zagłuszając protesty ochroniarzy głośnym szelestem zręcznie tasowanych kart tarota.
Tak jak Alexander Mulciber miał w dupie całe to wesele, zadziwiająco mocno pragnął się na nie wkręcić na krzywą mordę.
Nie z chęci celebracji arystokratycznego splendoru, nie dla hektolitrów darmowego alkoholu, nie dla towarzystwa - choć Diana, w jednym z rzadkich przebłysków świadomości poinformowała go, że wybiera się na uroczystość razem ze swoją popierdoloną macochą, a bliscy mu Eden i Morpheus także otrzymali zaproszenie - nie dlatego, że żywił w stosunku do Perseusa Blacka czy jego wybranki jakieś cieplejsze uczucia, nie, to wszystko nie miało znaczenia.
Po prostu chciał wkurwić Louvaina Lestrange'a.
Nie musiał w tym celu robić absolutnie niczego. Wystarczyło, że by się tu pojawił. Sama tylko obecność Mulcibera wystarczyła, by jego skurwysyński szwagier miał ochotę wypruć sobie żyły zębami - jego brudna, przeklęta krew idealnie wkomponowałaby się we wszechobecne czerń i szkarłat, pomyślał mściwie - Alex był przekonany, że gospodarze podziękowaliby mu wręcz za pomoc przy dekorowaniu sali, a reszta gości - pogratulowała kreatywności przy realizacji motywu przewodniego.
Alexander nie obawiał się nieuchronnej konfrontacji z bratem Loretty.
Bał się, że czując zapach jego krwi - krwi Blacków, której psychodeliczne właściwości były mu aż nazbyt dobrze znane - porzuci myśl o zrobieniu mu krzywdy: że tylko przyssie się do jego nadgarstków, żeby wychłeptać jego krew, jak wampir, aż po Louvainie Lestrange'u pozostanie tylko wyschnięte truchło, które można będzie umieścić w zakurzonym archiwum sali śmierci Departamentu Tajemnic.
- Chcesz mi powiedzieć, że nic nie jest gotowe?
Alexander powoli opuścił dłoń, w której trzymał papierosa. Na jego twarzy pojawił się skonfundowany wyraz niedowierzania, a ochroniarz, który szukał wymyślonego naprędce nazwiska na liście gości, zastygł, wychwytując nagłą zmianę tonu mężczyzny. Mulciber był od niego wyższy o głowę. Niebieskie ślepia jasnowidza żarzyły się niebezpiecznie, choć przygnieciony butem pet już dawno zgasł. Opuścił, co prawda, ceremonię zaślubin, ale na uczcie weselnej pojawił się jako pierwszy, kryjąc się przed wzrokiem innych gości, którzy mogli wcześniej wyjść z Kaplicy.
- Miało tu czekać przygotowane stanowisko ze spersonalizowanymi wróżbami dla młodej pary. Specjalnie sprowadzałem inkrustowane rubinami astrolabium pod wystrój sali. Tarot, chiromancja, prezentacja portretów numerologicznych, haruspicje nad tortem weselnym... - Nie pozwolił sobie przerwać, dziko dźgając paluchem, na którym błyszczał ozdobiony runami, cygański pierścień, w pierś protestującego mężczyzny. - Słuchaj no - wycedził. Głos Mulcibera był ostry, przepełniony ledwo tłumioną agresją i zdecydowaniem, które domagało się posłuchu. - Mistrz Dolohov będzie tutaj lada chwila, by przedstawić młodej parze przygotowane przezeń wróżby, a ja odpowiem przed nim głową, jeżeli coś się nie powiedzie. - Alexander wziął głęboki oddech, jak gdyby próbował się uspokoić, ale to był tylko wstęp do czekającej ochroniarzy tyrady. Bawił się świetnie.
- Czy ty, kurwa, wiesz, z jakiego formatu gwiazdą masz do czynienia? Nie słyszałeś o Vakelu Dolohovie? On nie wypadł kurwa nundu spod ogona, tak jak ty i ta wywłoka, co wydała cię na świat. "Podaj mi nazwisko, nazwisko"... - zaczął przedrzeźniać portiera. - Nie umiesz czytać, przygłupie? Vakel Dolohov, jasnowidz, numerolog, badacz ścieżek losu, pisarz i publicysta, ma własną rubrykę w Proroku Codziennym, ale twój kontakt z literackim geniuszem pewnie ogranicza się do podtarcia dupy gazetą, zgadłem? Moje nazwisko nie jest tu istotne, ja jestem tylko jego asystentem, i -- Na Merlina, przecież on mnie wyleje z roboty. - jęknął nagle, zduszonym głosem.
Puścił Matce ducha winnego typa, którego, nie wiedzieć kiedy chwycił za fraki, choć jego jedyną winą było to, że odpowiadał za sprawdzanie listy gości. - Już mu ostatnio podpadłem, bo przyniosłem mu kawę z mlekiem z chropianka zamiast z matagota... - przycichł. Popatrzył na ochroniarzy z rezygnacją wypisaną na twarzy.
- Jak mnie wpuścicie, to pokażę wam karcianą sztuczkę. - Zmęczenie w głosie Alexandra Mulcibera było szczere. Wyciągnął talię kart z kieszeni spodni. - Wybierz, kurwa, kartę.
rolluję niby na charyzmę, ale znając moje szczęście, pójdzie porażka, więc tak ogólnie korzystam z przewagi ZASTRASZANIE :gnije:
Rzut O 1d100 - 50
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Rzut O 1d100 - 11
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat