27.05.2024, 17:04 ✶
Wielu mówiło, że sobie poradzi, a czasem najtrudniej właśnie było o tą pomoc poprosić. Samuel McGonagall był zaradny, połowę życia spędził sam w głuszy, drugą połowę w sumie również sam, choć pod opieką rodziców, którzy w mniejszym lub większym stopniu przygotowali go na różne wyzwania świata.
Laurent go przestrzegał, ale dostrzegł w ciepłym, spokojnym uśmiechu swojego wybawcy przebłyski rozbawienia, jakby jego troska była przyjemnym żartem, kokieterią tylko.
– Knieja jest moim domem, nawet teraz, gdy zagnieździły się tam upiory, to do niej należy moje serce. Ten las... on mi nic nie zrobi. – Rozejrzał się po całkiem zwyczajnym lesie, choć sam do końca nie pojmował o co chodzi w słowie "rezerwat" to zdawała mu się ta zieleń spokojniejsza. Ujarzmiona. I znów, podobnie jak w Windermere, tak i tu zdał sobie sprawę, że musi wracać. A jeśli wróci, to nie umrze, ponieważ nie potrafił myśleć o śmierci, gdy czuł cierpienie ukochanej, czuł cierpienie Puszczy.
Zaciągnął się głęboko powietrzem, jego niespokojność, rozedrganie, zniknęło gdzieś, jakby wraz z tlenem, z zapachem, z otoczeniem, wepchnął w swoją pierś życiodajną energię i wszechogarniający spokój. Obiął Laurenta delikatnie, ten wciąż pozostawał dlań zranionym jednorożcem, który w bólu może być nieco figlarny, ale wciąż potrzebował otulenia i pomocy. Dopilnował, żeby różdżka znalazła się w dłoniach białowłosej istoty, upewnił się, że ten potrafił stać o własnych siłach, a dopiero wtedy chwycił za swoją kasztanową witkę, by rozciągnąć swoje ciało i pokryć je futrem. Tuż obok, tuż na wyciągnięcie ręki. Przysiadł na ziemi udostępniając swój grzbiet i gdy poczuł ciężar, którego jakby wcale nie było, dopiero wtedy podniósł się. Zapomniał powiedzieć, żeby Laurent trzymał się mocno, dlatego zaczął przemieszczać się powoli, a silne mięśnie i kości przemieszczały się pod grubą skórą wraz z każdym krokiem. Poddawał się instrukcjom Laurenta, ten mógłby wprowadzić go w dowolną pułapkę, Samuel jednak był łatwowiernym stworzeniem, ufnym. Ale czy ktokolwiek w tym układzie wyszedł na tym źle?
Po dotarciu o zmierzchu do domu Prewetta, Sam poprosił tylko o szklankę wody, a zaraz po tym przeprosił znów za problem i zniknął. Gdy zaś zniknął zdawało się, że pozostawił za sobą zapach lasu, ale innego niż ten który przemierzali tego dnia. Starszego. Mroczniejszego. Zostawił tego dnia na kamiennym tarasie kawałek Kniei Godryka.
Laurent go przestrzegał, ale dostrzegł w ciepłym, spokojnym uśmiechu swojego wybawcy przebłyski rozbawienia, jakby jego troska była przyjemnym żartem, kokieterią tylko.
– Knieja jest moim domem, nawet teraz, gdy zagnieździły się tam upiory, to do niej należy moje serce. Ten las... on mi nic nie zrobi. – Rozejrzał się po całkiem zwyczajnym lesie, choć sam do końca nie pojmował o co chodzi w słowie "rezerwat" to zdawała mu się ta zieleń spokojniejsza. Ujarzmiona. I znów, podobnie jak w Windermere, tak i tu zdał sobie sprawę, że musi wracać. A jeśli wróci, to nie umrze, ponieważ nie potrafił myśleć o śmierci, gdy czuł cierpienie ukochanej, czuł cierpienie Puszczy.
Zaciągnął się głęboko powietrzem, jego niespokojność, rozedrganie, zniknęło gdzieś, jakby wraz z tlenem, z zapachem, z otoczeniem, wepchnął w swoją pierś życiodajną energię i wszechogarniający spokój. Obiął Laurenta delikatnie, ten wciąż pozostawał dlań zranionym jednorożcem, który w bólu może być nieco figlarny, ale wciąż potrzebował otulenia i pomocy. Dopilnował, żeby różdżka znalazła się w dłoniach białowłosej istoty, upewnił się, że ten potrafił stać o własnych siłach, a dopiero wtedy chwycił za swoją kasztanową witkę, by rozciągnąć swoje ciało i pokryć je futrem. Tuż obok, tuż na wyciągnięcie ręki. Przysiadł na ziemi udostępniając swój grzbiet i gdy poczuł ciężar, którego jakby wcale nie było, dopiero wtedy podniósł się. Zapomniał powiedzieć, żeby Laurent trzymał się mocno, dlatego zaczął przemieszczać się powoli, a silne mięśnie i kości przemieszczały się pod grubą skórą wraz z każdym krokiem. Poddawał się instrukcjom Laurenta, ten mógłby wprowadzić go w dowolną pułapkę, Samuel jednak był łatwowiernym stworzeniem, ufnym. Ale czy ktokolwiek w tym układzie wyszedł na tym źle?
Po dotarciu o zmierzchu do domu Prewetta, Sam poprosił tylko o szklankę wody, a zaraz po tym przeprosił znów za problem i zniknął. Gdy zaś zniknął zdawało się, że pozostawił za sobą zapach lasu, ale innego niż ten który przemierzali tego dnia. Starszego. Mroczniejszego. Zostawił tego dnia na kamiennym tarasie kawałek Kniei Godryka.
Koniec sesji