27.05.2024, 17:15 ✶
Stoję spokojnie na parterze, blisko grającej muzyki, trzymam w dłoni tacę ze ślicznymi czarnymi drinkami z czerwonym brokatem.
Można się było po Flynnie spodziewać, że miejscem, w którym spędzi dzisiaj najwięcej czasu, będą rozłożone w ogrodzie namioty cyrkowe, ale w rzeczywistości niewielu miało go tam dzisiaj zauważyć, poza czasem, w którym potrzebował naładować socjalne baterie. Tego wieczoru nie miał spędzić tu ani jako wprawiony akrobata (co właściwie miałby tym gościom pokazywać, kolejny popis wyuzdanego tańca?), ani jako gość wesela (bo mimo wszystko, nawet biorąc pod uwagę łączącą ich historię - wstyd było zaprosić tutaj Crowa, wszechświat nie pozostawił tu żadnej przestrzeni na złudzenia). Miał być kelnerem. Bo chciał tu być, chciał widzieć Perseusa żeniącego się z ukochaną, jednocześnie potrzebował jakiejś maski, za którą mógłby się schować.
Jeszcze tydzień temu myślał, że popłacze się tutaj przynajmniej raz. Ostatecznie nie uronił żadnej łzy, nawet jeżeli kibicował młodej parze z całego serca. To przez to, co powiedział mu Laurent? Czy przez płomienną zazdrość wypalającą mu serce? Powietrze było wypełnione słodyczą kwiatów i ciast, dostrzegał w ich oczach głęboką miłość, wszystko tu było takie piękne, przypudrowane, wesołe. Z relacji gości: czarne. Kompletnie inne od hipisowskiego wesela zakończonego koszmarną tragedią, a jednak przywoływało przykre wspomnienia, stanowiące coś, co potrafił znieść z uniesioną głową pewnie tylko dlatego, że nie musiał dźwigać tego sam. Czasami łapał się na tym, że w twarzach czystokrwistych dam i ich partnerów doszukiwał się twarzy osoby, która zrujnowała tamto przyjęcie - mimo wyraźnego zakazu wnoszenia tutaj ostrych narzędzi, tak czy siak miał ze sobą swoje noże, skrzętnie ukryte w eleganckim, kompletnie niepasującym do niego garniturze - tak na wszelki wypadek, gdyby to miało stać się znowu. Czuł potrzebę ochronienia tego wydarzenia, gdyby ktokolwiek chciał zakłócić jego spokój w taki właśnie sposób - napotkałby na swojej drodze krwawy opór, bo skoro Perseus się sypał, skoro zgubił się gdzieś po drodze do wewnętrznego spełnienia, kurwą by był, a nie przyjacielem, nie pomagając mu wrócić na właściwy tor. Nie pomoże mu w znalezieniu żadnego kurwa powodu do zniszczenia sobie życia. Zwłaszcza po tym jak sam zaznał gorzkiego poczucia winy, nie potrafiąc zrezygnować z czegoś, czego nawet nie powinien dotknąć.
Stał samotnie. Wsłuchiwał się w rozmowy, o ile nie sprawiał przy tym wrażenia natręta. Zastanawiał się nad tym, kogóż z samotników lub znudzonych gości mógłby uczynić swoją pierwszą ofia... Znaczy się, komu mógłby zaoferować tenże wyśmienity napitek, od którego (pamiętając sytuacje z ostatnich sabatów) albo zacznie latać pod sufitem, albo zapłonie żywym ogniem jak słomiana lalka. Nie chciał przecież rozpamiętywać teraz czerwca, skoro rzeczywistość, która go otaczała, miała mu jeszcze sporo do zaoferowania.
Z idealnie ułożonymi włosami, pachnący tak dobrze jak nigdy wcześniej w swoim ponad trzydziestoletnim życiu, zorientował się nagle, że nawet jeżeli trafił tutaj z przypadku, trochę bardziej dla żartu niż przez jakiś głębszy sens, to... Pierwszy raz w życiu podjął się całkowicie legalnej pracy niebędącej naprawą głupiego zegarka. Trzydzieści lat kradzieży, obijania gęb, budowania machin dla wariatki chcącej potrzymać swoją pozycję w śmierdzących morowym powietrzem podziemiach, później znowu - niby został akrobatą, ale wciąż - kradzieże. I nagle stał tutaj w błysku kolorowych świateł, wystrojony, stukający butem do rytmu, z kluczami do zaplecza w tylnej kieszeni spodni.
Można się było po Flynnie spodziewać, że miejscem, w którym spędzi dzisiaj najwięcej czasu, będą rozłożone w ogrodzie namioty cyrkowe, ale w rzeczywistości niewielu miało go tam dzisiaj zauważyć, poza czasem, w którym potrzebował naładować socjalne baterie. Tego wieczoru nie miał spędzić tu ani jako wprawiony akrobata (co właściwie miałby tym gościom pokazywać, kolejny popis wyuzdanego tańca?), ani jako gość wesela (bo mimo wszystko, nawet biorąc pod uwagę łączącą ich historię - wstyd było zaprosić tutaj Crowa, wszechświat nie pozostawił tu żadnej przestrzeni na złudzenia). Miał być kelnerem. Bo chciał tu być, chciał widzieć Perseusa żeniącego się z ukochaną, jednocześnie potrzebował jakiejś maski, za którą mógłby się schować.
Jeszcze tydzień temu myślał, że popłacze się tutaj przynajmniej raz. Ostatecznie nie uronił żadnej łzy, nawet jeżeli kibicował młodej parze z całego serca. To przez to, co powiedział mu Laurent? Czy przez płomienną zazdrość wypalającą mu serce? Powietrze było wypełnione słodyczą kwiatów i ciast, dostrzegał w ich oczach głęboką miłość, wszystko tu było takie piękne, przypudrowane, wesołe. Z relacji gości: czarne. Kompletnie inne od hipisowskiego wesela zakończonego koszmarną tragedią, a jednak przywoływało przykre wspomnienia, stanowiące coś, co potrafił znieść z uniesioną głową pewnie tylko dlatego, że nie musiał dźwigać tego sam. Czasami łapał się na tym, że w twarzach czystokrwistych dam i ich partnerów doszukiwał się twarzy osoby, która zrujnowała tamto przyjęcie - mimo wyraźnego zakazu wnoszenia tutaj ostrych narzędzi, tak czy siak miał ze sobą swoje noże, skrzętnie ukryte w eleganckim, kompletnie niepasującym do niego garniturze - tak na wszelki wypadek, gdyby to miało stać się znowu. Czuł potrzebę ochronienia tego wydarzenia, gdyby ktokolwiek chciał zakłócić jego spokój w taki właśnie sposób - napotkałby na swojej drodze krwawy opór, bo skoro Perseus się sypał, skoro zgubił się gdzieś po drodze do wewnętrznego spełnienia, kurwą by był, a nie przyjacielem, nie pomagając mu wrócić na właściwy tor. Nie pomoże mu w znalezieniu żadnego kurwa powodu do zniszczenia sobie życia. Zwłaszcza po tym jak sam zaznał gorzkiego poczucia winy, nie potrafiąc zrezygnować z czegoś, czego nawet nie powinien dotknąć.
Stał samotnie. Wsłuchiwał się w rozmowy, o ile nie sprawiał przy tym wrażenia natręta. Zastanawiał się nad tym, kogóż z samotników lub znudzonych gości mógłby uczynić swoją pierwszą ofia... Znaczy się, komu mógłby zaoferować tenże wyśmienity napitek, od którego (pamiętając sytuacje z ostatnich sabatów) albo zacznie latać pod sufitem, albo zapłonie żywym ogniem jak słomiana lalka. Nie chciał przecież rozpamiętywać teraz czerwca, skoro rzeczywistość, która go otaczała, miała mu jeszcze sporo do zaoferowania.
Z idealnie ułożonymi włosami, pachnący tak dobrze jak nigdy wcześniej w swoim ponad trzydziestoletnim życiu, zorientował się nagle, że nawet jeżeli trafił tutaj z przypadku, trochę bardziej dla żartu niż przez jakiś głębszy sens, to... Pierwszy raz w życiu podjął się całkowicie legalnej pracy niebędącej naprawą głupiego zegarka. Trzydzieści lat kradzieży, obijania gęb, budowania machin dla wariatki chcącej potrzymać swoją pozycję w śmierdzących morowym powietrzem podziemiach, później znowu - niby został akrobatą, ale wciąż - kradzieże. I nagle stał tutaj w błysku kolorowych świateł, wystrojony, stukający butem do rytmu, z kluczami do zaplecza w tylnej kieszeni spodni.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.