Oddechy prędko zamierały na jej skażonych karminem wargach, płuca zaś – te zamieszkałe przez okrutne w barwie kwiaty – coraz prędzej tłoczyły powietrze, pozwalając ciepłym tchnięciom mościć się wygodnie na ustach. Wzrok rozbiegany, kładący się szramą na poczytalnej uwerturze, sprawiał, iż mógł dostrzec, że pewien wątły, niedostrzegalny nieomal szczegół, został solidnie nadszarpnięty. W jej oczach jednak tliły się rozgorzałe ogniki – te zrodzone ze złości, jak i powite przez ekscytację niewspółmiernie krążącą w żyłach – tę, która zawsze motywowała jej działania, zadając kłam racjonalności, której ostatnie węgliki tliły się na dnie umysłu. Może byłaby bardziej poprawna, może byłaby bardziej stonowana – ona jednak tańczyła ochoczo, rozmawiała grzecznie i tętniła ulokowanym na proscenium myśli entuzjazmem, który jednał ludzi. Któż wszak wiedział, że pod powłoką zbitej z pantałyku damy, tkwiła okrutnie magirasistowska piromanka, gotowa swoją złością spalić niejedną wioskę?
Bo jej gniew był w istocie rzeczy niebagatelnie przerażający. Nadchodził wraz z stukotem obcasów, nieodłącznie towarzyszącym bajecznie niewinnej uwerturze; mościł się wygodnie pośród miriad myśli rozbieganych, aby wybuchnąć salwą złości – nieposkromionej, niemożliwej nieomal do stlenia. Stąpanie po bruku było nagle trudne, zupełnie jakby te deszcze wiosenne chciały ją porwać na wieczność w swoje mokre ramiona.
Włosy się spuszyły, posklejały w strąki, a jej wygląd był dalece odbiegający od nienagannego. Prawdopodobnie to czyniło ją namacalną, żywą i zupełnie odbiegającą od mimetyczności dam, które było dane jej poznać. Loki poplątały się, wciąż jednak umykając nad linią ramion, a orzechowe oczy zawierały w sobie niezbadane i niewiadome.
Uniosła kąciki ust mimowolnie, gdy ujrzała go w progu – musiała wszak zachowywać wszelką pozorność istnienia zrodzonego z radości i niebiańskiego uśmiechu. Była wszak zepsutą igraszką bogów, którzy zechcieli zesłać ją na padół, po którym zjawy krążyły zachłystując się własnymi marzeniami. Wnętrze jednak miała iście diabelskie i choć jej przyjazna uwertura była pokalana dłonią szczerości, jej złość była jeszcze prawdziwsza.
Pozwoliła złożyć na pełni warg pocałunek, którego żarliwość była niebywale daleka od skrzydeł motyla, tym jednak przyjemniejsza. Kąciki jej ust rozeszły się w urokliwym uśmiechu, gdy wbijała sztylety wzroku w jego piwne oczy.
– W zasadzie chciałam spytać co u ciebie i czy dobrze bawisz się... – zaczęła, po chwili jednak zatrzymała się, dodając melodramatu swoim słowom. Loretta wszak cała była melodramatyczna. – …zdradzając mnie.
Kąciki ust momentalnie opadły, pozostawiając sobie tylko bladego ducha przeszłości. Uniosła odrobinę nogę, aby wycelować prosto w jego stopę obcasem, a gdy trafiła – widać było, iż robiła to niejednokrotnie – pociągnęła Leandra za krawat, zmuszając do zniżenia się do jej mikrego wzrostu.
– Wyłamię ci wszystkie palce, jeden za drugim, aż będziesz kwiczał z bólu, a gdy już umrzesz, poruszę niebo i ziemię, abyś skończył w najgłębszych odmętach Tartaru. Chcesz grać w tę grę? Śmiało, przyprawiaj mi rogi, jednak jesteś na straconej pozycji, ponieważ ja nie mam sentymentów – rzekła z chłodem, który skrzętnie ukrywała we wnętrzu, przez ulotność momentu spoglądając w jego tęczówki bacznie, aby po chwili puścić odzienie, cofnąć się i podejść do okna – zupełnie jakby nic się nie wydarzyło!
– Brzydką pogodę mamy, Leandrze – zagaiła głosem pogodnym, pełnym wigoru.
Zastukała palcami o parapet, biorąc głęboki wdech; choć momentalnie przybrała radosne odzienie, tłumiona złość wrzynała się we wnętrze, czyniąc istne spustoszenie.