27.05.2024, 18:51 ✶
Brenna zaczęła się motać. No tak.
– Aj weź, no mam wolne co nie? W sensie, nie pytam dla siebie, po prostu się martwię, bo kurwa, te filiżanki nie były najmilsze no... Jakieś gwoździe, balony, zawody, bóle, cierpienie... nigdy przy krańcu naczynia, ale zawsze. Zrobimy tak jak miałyśmy umówione, że se pojadę do Księzycowego na generalne porządki. Tego nie możesz mi odmówić. – och, zdecydowanie nie mogła, ponieważ papcio Morfuszko był przekonany, że Brenna się nie zgodzi. Zakład trwał, zakład istniał, więc kurwa musiała jechać, bo nie mogła pozwolić, aby ten stetryczały dziad ją ubrał. Już wystarczyło jej ładnych kiecek na jakiś czas po balu maskowym i tym cholernym ślubie, wystarczyło jej przyklejonej do twarzy maski, nawet jeśli była taka skuteczna.
Rozciągała barki, rozciągała nogi, potruchtała trochę w miejscu. W końcu nikt jej nie ganił, pierdolnięta "koleżanka" z sali nie zanosiła się śmiechem. Nikt nie patrzył, nikt nie kontrolował. Pokusa odstawienia leków znów się pojawiła.
A potem Brenna zawiesiła się na moment, wzbudzając w tym srogi niepokój Millie. To ONA była tu od tego żeby odjebywać takie rzeczy.
– Brenna? Wszystko ok? – zapytała mocno zaniepokojona i złapała ją za ramiona potrząsając nimi przez chwile. Czy ciemność była zaraźliwa? Czy skoro ona widziała rzeczy, to nagle wszyscy zaczną widzieć rzeczy? A może Longbottomówna nie była prawdziwa, może to był sen, koszmar, który zaraz zacznie zapadać się w sobie i w nią. Moody poczuła dreszcz przerażenia, niepewności, duszności, jakby coś bardzo ciężkiego usiadło jej na klatce. Nigdy wcześniej nie czuła się w ten sposób, krew odpłynęła jej z głowy, z mózgu, z serca, gdzie jest krew? Gdzie ona siępodziała? – Brenna? – zapytała jeszcze raz drżąco czekając reakcji.
– Aj weź, no mam wolne co nie? W sensie, nie pytam dla siebie, po prostu się martwię, bo kurwa, te filiżanki nie były najmilsze no... Jakieś gwoździe, balony, zawody, bóle, cierpienie... nigdy przy krańcu naczynia, ale zawsze. Zrobimy tak jak miałyśmy umówione, że se pojadę do Księzycowego na generalne porządki. Tego nie możesz mi odmówić. – och, zdecydowanie nie mogła, ponieważ papcio Morfuszko był przekonany, że Brenna się nie zgodzi. Zakład trwał, zakład istniał, więc kurwa musiała jechać, bo nie mogła pozwolić, aby ten stetryczały dziad ją ubrał. Już wystarczyło jej ładnych kiecek na jakiś czas po balu maskowym i tym cholernym ślubie, wystarczyło jej przyklejonej do twarzy maski, nawet jeśli była taka skuteczna.
Rozciągała barki, rozciągała nogi, potruchtała trochę w miejscu. W końcu nikt jej nie ganił, pierdolnięta "koleżanka" z sali nie zanosiła się śmiechem. Nikt nie patrzył, nikt nie kontrolował. Pokusa odstawienia leków znów się pojawiła.
A potem Brenna zawiesiła się na moment, wzbudzając w tym srogi niepokój Millie. To ONA była tu od tego żeby odjebywać takie rzeczy.
– Brenna? Wszystko ok? – zapytała mocno zaniepokojona i złapała ją za ramiona potrząsając nimi przez chwile. Czy ciemność była zaraźliwa? Czy skoro ona widziała rzeczy, to nagle wszyscy zaczną widzieć rzeczy? A może Longbottomówna nie była prawdziwa, może to był sen, koszmar, który zaraz zacznie zapadać się w sobie i w nią. Moody poczuła dreszcz przerażenia, niepewności, duszności, jakby coś bardzo ciężkiego usiadło jej na klatce. Nigdy wcześniej nie czuła się w ten sposób, krew odpłynęła jej z głowy, z mózgu, z serca, gdzie jest krew? Gdzie ona siępodziała? – Brenna? – zapytała jeszcze raz drżąco czekając reakcji.