27.05.2024, 19:11 ✶
– Nie żyjemy w miłych czasach, Millie – westchnęła Brenna, pozwalając, by Moody wzięła od niej kubek. Moody była od niej starsza, pełna energia, pracowała od dawna, umiała walczyć. A jednocześnie Brennie czasem zdawało się, że to ona – mająca opinię biurowego pajaca i tej absolutnie nieodpowiedzialnej – jest tą starszą. I czasem jakoś odruchowo wchodziła przy Miles w rolę kogoś, kto musiał tę przyhamować, nakarmić, zaapelować do rozsądku, jak nigdy nie robili tego jej rodzice. Jasne, pilnowała, by się nie zagalopować, Millie była jej koleżanką, nie córką. Ale teraz patrzyła nad nią z namysłem, zastanawiając się, na ile mądre będzie zabranie jej do Księżycowego Stawu. Ostatecznie jednak spodziewała się tam co najwyżej bachanek, jakiegoś przeklętego przedmiotu i zagubionego bogina, nie armii śmierciożerców, a jeżeli spróbują stale trzymać Millie z boku, ta w końcu zrobi coś głupiego. W domu Juliusów będzie dość osób, by mieć ją na oku. – A Erik… przejmuje się teraz wieloma rzeczami. I dobrze. Możesz jechać z nami do Księżycowego Stawu.
Chwilę później jednak nie była już wcale tutaj, teraz. Czuła inny wiatr, rozwiewający włosy, wiejący w twarz, widziała inne niebo nad głową. Słyszała inne głosy, a w ustach czuła smak nie kakao, a serwowanego tamtego wieczora kremowego piwa. Było to tak żywe w jej pamięci, że Brenna przez chwilę zapomniała, że ma dwadzieścia siedem lat, że stoi w sadzie Longbottomów z Millie Moody u boku.
Tym razem to przynajmniej było radosne wspomnienie. Po zakończeniu i melancholii, rozdzierających niemalże serce. Pełne dawnej radości, beztroski czasów, zanim Brenna dorosła, a potem zaczęła się ta cholerna wojna i wszystko zaczęło się powoli rozpadać.
Dlatego Brenna nie odpowiedziała Moody od razu – wczepiła się w ten obrazek, który usiłował się jej wymknąć, chociaż to było takie zwykłe wspomnienie, po prostu ognisko w ich sadzie, sprzed wielu lat, na którym byli nie tylko domownicy, ale też przyjaciele. To jednak było… ważne. Radosne, nawet jeśli zaraz ta radość miała zabarwić się goryczą, bo niektóre głosy umilkły, bo nie każdego z tamtych ludzi mogła już ot tak, po prostu, zaprosić do Warowni bez wahania.
To był okruch jej samej.
I nie pozwoliła mu uciec.
Odetchnęła, a potem spojrzała na Mildred i uśmiechnęła się.
– Wszystko w porządku – powiedziała i wyciągnęła wolną rękę, aby na moment ją do siebie przygarnąć. – Po prostu przypomniałam sobie o czymś radosnym.
Chwilę później jednak nie była już wcale tutaj, teraz. Czuła inny wiatr, rozwiewający włosy, wiejący w twarz, widziała inne niebo nad głową. Słyszała inne głosy, a w ustach czuła smak nie kakao, a serwowanego tamtego wieczora kremowego piwa. Było to tak żywe w jej pamięci, że Brenna przez chwilę zapomniała, że ma dwadzieścia siedem lat, że stoi w sadzie Longbottomów z Millie Moody u boku.
Tym razem to przynajmniej było radosne wspomnienie. Po zakończeniu i melancholii, rozdzierających niemalże serce. Pełne dawnej radości, beztroski czasów, zanim Brenna dorosła, a potem zaczęła się ta cholerna wojna i wszystko zaczęło się powoli rozpadać.
Dlatego Brenna nie odpowiedziała Moody od razu – wczepiła się w ten obrazek, który usiłował się jej wymknąć, chociaż to było takie zwykłe wspomnienie, po prostu ognisko w ich sadzie, sprzed wielu lat, na którym byli nie tylko domownicy, ale też przyjaciele. To jednak było… ważne. Radosne, nawet jeśli zaraz ta radość miała zabarwić się goryczą, bo niektóre głosy umilkły, bo nie każdego z tamtych ludzi mogła już ot tak, po prostu, zaprosić do Warowni bez wahania.
To był okruch jej samej.
I nie pozwoliła mu uciec.
Odetchnęła, a potem spojrzała na Mildred i uśmiechnęła się.
– Wszystko w porządku – powiedziała i wyciągnęła wolną rękę, aby na moment ją do siebie przygarnąć. – Po prostu przypomniałam sobie o czymś radosnym.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.