Miała jeden cel, znaleźć go i wyciągnąć z tego pierdolonego lasu. Nie wiedziała, co tutaj robił, nie wydawało jej się jednak, żeby zamierzał się zabić po raz drugi. W końcu ostatnio to on doprowadzał ją do porządku, on pilnował, żeby się ogarnęła. Czyżby miała go zawieść po raz kolejny? Nie zauważyła, że brat nie radzi sobie z tym, że został przemieniony. Zapewne nie łatwo wcale było się pogodzić z taką zmianą, a ona jeszcze obarczała go swoimi problemami i niestabilnością, miała do siebie żal, że nie zauważyła, że coś jest nie tak. Bała się, że tym razem straci go już na zawsze.
Krzyczała ile miała tylko sił w płucach, doszły do tego łzy, bo czuła się bezradna, naprawdę nie chciała go stracić, nie wyobrażała sobie, że miałoby go zabraknąć i może było to trochę egoistyczne, ale w tej chwili zupełnie jej to nie obchodziło. Nie poradzi sobie bez niego, umrze z żalu.
W końcu usłyszała krzyk. Czuła w nim desperację, może więc wcale nie chciał się tutaj znaleźć, może nie chciał się zabić. Trochę ją to uspokoiło, chociaż jeszcze go nie znalazła, bo to oznaczało, że nie jest z nim źle, że chce walczyć.
Czas ich naglił, jeszcze chwila, a słońce wzniesie się nad horyzontem i zostanie z niego popiół, nic więcej. Wiatr rozwieje go w tym lesie. Wolała sobie nie wyobrażać tej wizji. Musiała mu pomóc.
Przyspieszyła konia i mknęła w stronę głosu. Kolejne wołanie usłyszała już z mniejszej odległości. Jeszcze chwila i wreszcie go odnajdzie. Była zdesperowana, galopowała przed siebie, chociaż nie była wprawionym jeźdźcem, nie obchodziło jej to wcale. Nie, kiedy chodziło o życie jej kochanego, młodszego braciszka.
Gałęzie haczyły o jej twarz, czuła, że co chwila pojawiają się na niej kolejne zadrapania, jechała jednak nadal desperacko przed siebie, musiała wreszcie go znaleźć. W końcu pojawił się przed nią. Nadal znajdowała się za nim, jednak była jakaś nadzieja. Dlaczego do cholery się nie zatrzymywał? Dlaczego nie wracał do stajni. Coś jej w tym wszystkim nie pasowało, szczególnie po tym, jak usłyszała ton jego głosu - potrzebował pomocy. Musiała mu więc ją dać. Coby się nie działo.
Sięgnęła lewą ręką po różdżkę, machnęła nią w powietrzu i głośno wypowiedziała zaklęcie, które miało spowodować, że koń się zatrzyma. Chciała wyczarować liny, które uniemożliwią koniu dalsze poruszanie się przed siebie.
kształtowanie - liny
Sukces!
Slaby sukces...