27.05.2024, 20:20 ✶
Idę z Morpheusem na parkiet.
Florence nie otrzymała zaproszenia na wesele Blacków, przyjęła to jednak z odrobiną rozbawienia i bez krzty rozczarowania, nawet kiedy charakterystyczne koperty otrzymali jej młodsi bracia. Nie można było o niej powiedzieć, że nie cierpiała wesel, ale i nie pałała do nich ogromną miłością: stanowiły po prostu wydarzenia towarzyskie, na których się bywało i okazję do spotkania krewnych i znajomych. Przywykła do bywania na takich przyjęciach. Na propozycję Morpheusa zgodziła się więc bez wahania, zwłaszcza że zwykle był ciekawym towarzystwem, a i Geraldine miała być obecna.
Z pewnym trudem powstrzymywała się podczas podróży przed wypytywaniem, czy Yaxley znalazła już sposób na pozbycie się ciemnej istoty i z jeszcze większym – przed spojrzeniem w jej przyszłość. Nie mogła zasłabnąć tuż przed weselem.
Pojawiła się w czerwonej sukni, choć zwykle unikała tego koloru: skoro jednak był to jeden z motywów przewodnich wesela, nie zamierzała z tym walczyć. Suknia, jak większości stroi Florence, niewiele odsłaniała (prawdę mówiąc niczego nie odsłaniała), była za to doskonale skrojona i uszyta z doskonałych materiałów. Kazania kapłana wysłuchała z kamienną twarzą, a nawet jeżeli cisnęły się jej na usta jakieś złośliwe uwagi odnośnie przysięgi ślubnej i pary młodej, to wszystkie pozostawiła dla siebie, ni słowem nie zakłócając ceremonii, i nie wypowiadając tych ironicznych słów nawet później, w towarzystwie pozostałej trójki.
Złożyła swój prezent pośród stosów innych upominków, skromny niewątpliwie na ich tle, bo Florence była zamożna, ale niekorzystając z pieniędzy rodu – nie bajecznie bogata. Wpisała się do księgi swoim ładnym pismem, pozostawiając dedykację uprzejmą i dość błahą, ot taką, jakiej należało się spodziewać. Nie znała wszak panny młodej, a chociaż z Perseusem była przez całe lata na roku najpierw w Hogwarcie, a potem w Mungu, to nie zostali nigdy najlepszymi przyjaciółmi i zbyt osobiste wpisy zdawałaby się Florence… trochę fałszywe.
– Florence wystarczy – powiedziała, kiedy Morpheus poprosił ją do tańca, podając mu dłoń. – Dziwnie to będzie wyglądać, jeżeli przyjdzie nam z kimś porozmawiać i zaczniemy sobie panować i paniować.
Nie przyszli tu może jako para, a znajomi, ale przejście na ty zdawało się jej dobrym pomysłem. Ruszyła za nim na parkiet, rozglądając się i wypatrując w tłumie gości kolejnych znajomych twarzy.
Nie znała się szczególnie na historii, ale imię Odyseusza obiło się jej o uszy, podobnie jak historia Troi, trochę mugolska, trochę czarodziejska.
– Czy takich rozmów nie toczono w naszym świecie przed dwoma laty? – zapytała, gdy dołączyli do innych par na parkiecie. – Wojna już tu jest, chociaż w tej sali łatwo niektórym o niej zapomnieć. Oby Anglia nie okazała się Troją.
Florence nie otrzymała zaproszenia na wesele Blacków, przyjęła to jednak z odrobiną rozbawienia i bez krzty rozczarowania, nawet kiedy charakterystyczne koperty otrzymali jej młodsi bracia. Nie można było o niej powiedzieć, że nie cierpiała wesel, ale i nie pałała do nich ogromną miłością: stanowiły po prostu wydarzenia towarzyskie, na których się bywało i okazję do spotkania krewnych i znajomych. Przywykła do bywania na takich przyjęciach. Na propozycję Morpheusa zgodziła się więc bez wahania, zwłaszcza że zwykle był ciekawym towarzystwem, a i Geraldine miała być obecna.
Z pewnym trudem powstrzymywała się podczas podróży przed wypytywaniem, czy Yaxley znalazła już sposób na pozbycie się ciemnej istoty i z jeszcze większym – przed spojrzeniem w jej przyszłość. Nie mogła zasłabnąć tuż przed weselem.
Pojawiła się w czerwonej sukni, choć zwykle unikała tego koloru: skoro jednak był to jeden z motywów przewodnich wesela, nie zamierzała z tym walczyć. Suknia, jak większości stroi Florence, niewiele odsłaniała (prawdę mówiąc niczego nie odsłaniała), była za to doskonale skrojona i uszyta z doskonałych materiałów. Kazania kapłana wysłuchała z kamienną twarzą, a nawet jeżeli cisnęły się jej na usta jakieś złośliwe uwagi odnośnie przysięgi ślubnej i pary młodej, to wszystkie pozostawiła dla siebie, ni słowem nie zakłócając ceremonii, i nie wypowiadając tych ironicznych słów nawet później, w towarzystwie pozostałej trójki.
Złożyła swój prezent pośród stosów innych upominków, skromny niewątpliwie na ich tle, bo Florence była zamożna, ale niekorzystając z pieniędzy rodu – nie bajecznie bogata. Wpisała się do księgi swoim ładnym pismem, pozostawiając dedykację uprzejmą i dość błahą, ot taką, jakiej należało się spodziewać. Nie znała wszak panny młodej, a chociaż z Perseusem była przez całe lata na roku najpierw w Hogwarcie, a potem w Mungu, to nie zostali nigdy najlepszymi przyjaciółmi i zbyt osobiste wpisy zdawałaby się Florence… trochę fałszywe.
– Florence wystarczy – powiedziała, kiedy Morpheus poprosił ją do tańca, podając mu dłoń. – Dziwnie to będzie wyglądać, jeżeli przyjdzie nam z kimś porozmawiać i zaczniemy sobie panować i paniować.
Nie przyszli tu może jako para, a znajomi, ale przejście na ty zdawało się jej dobrym pomysłem. Ruszyła za nim na parkiet, rozglądając się i wypatrując w tłumie gości kolejnych znajomych twarzy.
Nie znała się szczególnie na historii, ale imię Odyseusza obiło się jej o uszy, podobnie jak historia Troi, trochę mugolska, trochę czarodziejska.
– Czy takich rozmów nie toczono w naszym świecie przed dwoma laty? – zapytała, gdy dołączyli do innych par na parkiecie. – Wojna już tu jest, chociaż w tej sali łatwo niektórym o niej zapomnieć. Oby Anglia nie okazała się Troją.