27.05.2024, 20:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.06.2024, 23:19 przez Eden Lestrange.)
Znała go?
Znała pewnego Alastora; niegdyś chodzili ze sobą do szkoły, a potem los tchnął ich przełożonego, by razem aurorzyli. Czasem zastanawiała się, jaką cechę wspólną ich dwojga znaleźli w Ministerstwie, by uznać ich za dobraną parę. Chyba jedynie nadgorliwość, ta z gatunku gorsza od faszyzmu.
Znała tego człowieka, ba, śmiała rzec nawet, że również lubiła. Rzecz w tym, że to było wieki temu. Nie liczyła godzin i lat, ale miała wrażenie, że minęła wieczność, odkąd zrezygnowała z bycia nie tylko aurorem, ale też, chcąc nie chcąc, kimś bliskim dla Moody'ego. Gdyby ktoś ją o to zapytał, zarzekałaby się, że obydwa porzuciła wbrew własnej woli.
Widziała w lustrze na własne oczy, że czas nie bywał łaskawy. Skąd miała więc pewność, że i ten Alastor, który lata temu zdawał się być bliższy niż dom, nadal pozostawał tym samym sobą? Kiedyś nie zwątpiłaby w niego, wiedziała, że jeśli będzie trzeba, to dla idei się samodzielnie postrzeli, a krzta szaleństwa nie będzie dla niego przestrogą, a zachętą. Skąd miała wiedzieć, że na starość nie zrobił się ostrożniejszy, spokojniejszy? Może nie było widać tego w jego oczach, ale może tak jak Eden był zmęczony tym wszystkim i chciał jakiejś stałości? Czegoś, co w końcu mógłby nazwać jego i tylko jego?
- Muszę ci przyznać rację. Cokolwiek, co chciałeś osiągnąć z tamtą blondyną drugiego sortu podczas wesela, musiało być zakorzenione w pewnego rodzaju szaleństwie. Łudziłam się jednak, że po prostu alkohol ci nie służy, a to, cyk - niebywałe - choroba psychiczna - oświadczyła, unosząc brwi i dłonie, by udać nieprzyjemnie zaskoczoną. Też pokręciła głową, bo choć ewidentnie zbierało się jej na sarkastyczne poczucie humoru, które zwykle zwiastowało raczej lepszy niż gorszy humor Eden, to nadal nie czuła się w porządku. Coś ją uwierało w sumienie, jak kamyk w bucie z wysoką cholewką, którego raczej nie powinno się zdejmować w towarzystwie.
Zresztą, kto wie. Nigdy dotąd nie czuła takich intensywnych uczuć, więc równie dobrze mógł być to stan przedzawałowy.
Uśmiechnęła się łagodnie, słysząc, że chce się sparzyć. Że chce za nią iść do piekła, choć Eden szczerze wolałaby, żeby się w takie miejsca nie szlajał. Trwała jednak w ciszy z tym uśmiechem oraz pełnymi smutku oczami, bo zdawała sobie doskonale sprawę, że nawet jeśli powiedzą sobie teraz tak, to nadal będzie to wyglądało tak samo. Nadal będzie budziła się codziennie, będąc przeklętą żoną Williama Lestrange'a, mając przed oczyma wszelkie możliwe scenariusze, które nigdy się nie wydarzyły i się nie wydarzą, bo nie ma ich odwagi wcielić w życie.
Była krok od podziękowania mu za chęci i inicjatywę, ale jednoczesnego oświadczenia, że musi zrezygnować, bo nic, co planują nie zgadza się z żelazną logiką, za którą szła w życiu jak zagubiony wędrowiec za czymś, co wziął za gwiazdę polarną. Zanim jednak zrobiła ten krok, zawahała się nad przepaścią i doszła do wniosku, uderzyła w nią rewelacja wręcz, że przecież całe życie kierowała się logiką. I gdzie ona ją doprowadziła?
No właśnie nigdzie. Tak naprawdę nie posiadała niczego, czego pragnęła, więc chyba też nie miała wiele więcej do stracenia. Może będzie snuła te chore scenariusze w domu Williama Lestrange, ale zdecydowanie będzie ich mniej.
- W porządku - odezwała się wreszcie, ale głos wydał się jej obcy. Jakby ktoś mówił za nią, jakby musiała pobić się z własnym ego, by wydusić to z gardła. Odchrząknęła nerwowo, chaotycznie przemknęła palcami po własnym tułowiu, może podświadomie chcąc doprowadzić ubranie do porządku, a może chcąc się upewnić, że jest tutaj nie tylko duchem, ale i ciałem. - Więc pokaż mi, jak popełnia się błędy w taki sposób, by potem ich nie żałować - zażądała, wyciągając do niego obydwie dłonie. I uśmiechnęła się, szczerze, w pełni, choć z cieniem strachu w oczach. Raz kozie śmierć, prawda?
W końcu co się może najgorszego stać? Prawda wyjdzie na jaw i po wszystkim nie pochowają jej obok męża?
Brzmi znakomicie.
Znała pewnego Alastora; niegdyś chodzili ze sobą do szkoły, a potem los tchnął ich przełożonego, by razem aurorzyli. Czasem zastanawiała się, jaką cechę wspólną ich dwojga znaleźli w Ministerstwie, by uznać ich za dobraną parę. Chyba jedynie nadgorliwość, ta z gatunku gorsza od faszyzmu.
Znała tego człowieka, ba, śmiała rzec nawet, że również lubiła. Rzecz w tym, że to było wieki temu. Nie liczyła godzin i lat, ale miała wrażenie, że minęła wieczność, odkąd zrezygnowała z bycia nie tylko aurorem, ale też, chcąc nie chcąc, kimś bliskim dla Moody'ego. Gdyby ktoś ją o to zapytał, zarzekałaby się, że obydwa porzuciła wbrew własnej woli.
Widziała w lustrze na własne oczy, że czas nie bywał łaskawy. Skąd miała więc pewność, że i ten Alastor, który lata temu zdawał się być bliższy niż dom, nadal pozostawał tym samym sobą? Kiedyś nie zwątpiłaby w niego, wiedziała, że jeśli będzie trzeba, to dla idei się samodzielnie postrzeli, a krzta szaleństwa nie będzie dla niego przestrogą, a zachętą. Skąd miała wiedzieć, że na starość nie zrobił się ostrożniejszy, spokojniejszy? Może nie było widać tego w jego oczach, ale może tak jak Eden był zmęczony tym wszystkim i chciał jakiejś stałości? Czegoś, co w końcu mógłby nazwać jego i tylko jego?
- Muszę ci przyznać rację. Cokolwiek, co chciałeś osiągnąć z tamtą blondyną drugiego sortu podczas wesela, musiało być zakorzenione w pewnego rodzaju szaleństwie. Łudziłam się jednak, że po prostu alkohol ci nie służy, a to, cyk - niebywałe - choroba psychiczna - oświadczyła, unosząc brwi i dłonie, by udać nieprzyjemnie zaskoczoną. Też pokręciła głową, bo choć ewidentnie zbierało się jej na sarkastyczne poczucie humoru, które zwykle zwiastowało raczej lepszy niż gorszy humor Eden, to nadal nie czuła się w porządku. Coś ją uwierało w sumienie, jak kamyk w bucie z wysoką cholewką, którego raczej nie powinno się zdejmować w towarzystwie.
Zresztą, kto wie. Nigdy dotąd nie czuła takich intensywnych uczuć, więc równie dobrze mógł być to stan przedzawałowy.
Uśmiechnęła się łagodnie, słysząc, że chce się sparzyć. Że chce za nią iść do piekła, choć Eden szczerze wolałaby, żeby się w takie miejsca nie szlajał. Trwała jednak w ciszy z tym uśmiechem oraz pełnymi smutku oczami, bo zdawała sobie doskonale sprawę, że nawet jeśli powiedzą sobie teraz tak, to nadal będzie to wyglądało tak samo. Nadal będzie budziła się codziennie, będąc przeklętą żoną Williama Lestrange'a, mając przed oczyma wszelkie możliwe scenariusze, które nigdy się nie wydarzyły i się nie wydarzą, bo nie ma ich odwagi wcielić w życie.
Była krok od podziękowania mu za chęci i inicjatywę, ale jednoczesnego oświadczenia, że musi zrezygnować, bo nic, co planują nie zgadza się z żelazną logiką, za którą szła w życiu jak zagubiony wędrowiec za czymś, co wziął za gwiazdę polarną. Zanim jednak zrobiła ten krok, zawahała się nad przepaścią i doszła do wniosku, uderzyła w nią rewelacja wręcz, że przecież całe życie kierowała się logiką. I gdzie ona ją doprowadziła?
No właśnie nigdzie. Tak naprawdę nie posiadała niczego, czego pragnęła, więc chyba też nie miała wiele więcej do stracenia. Może będzie snuła te chore scenariusze w domu Williama Lestrange, ale zdecydowanie będzie ich mniej.
- W porządku - odezwała się wreszcie, ale głos wydał się jej obcy. Jakby ktoś mówił za nią, jakby musiała pobić się z własnym ego, by wydusić to z gardła. Odchrząknęła nerwowo, chaotycznie przemknęła palcami po własnym tułowiu, może podświadomie chcąc doprowadzić ubranie do porządku, a może chcąc się upewnić, że jest tutaj nie tylko duchem, ale i ciałem. - Więc pokaż mi, jak popełnia się błędy w taki sposób, by potem ich nie żałować - zażądała, wyciągając do niego obydwie dłonie. I uśmiechnęła się, szczerze, w pełni, choć z cieniem strachu w oczach. Raz kozie śmierć, prawda?
W końcu co się może najgorszego stać? Prawda wyjdzie na jaw i po wszystkim nie pochowają jej obok męża?
Brzmi znakomicie.
Koniec sesji
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~