Jej brak zainteresowania, żywo tlący się w mętnych, orzechowych tęczówkach, miał stanowić swoisty afront dla każdego szaleńca, który zechciałby stanąć tego wieczoru z nią w słowne szranki; speluny miały to do siebie, iż osobie jej urodzenia ciężko było trafić na jednostki, które mogłyby ją znać – nie miała nieposzlakowanej reputacji do stracenia, a jej bytowanie na bankietach dostatecznie naznaczyło ją łatką absolutnej dziwaczki bez krzty samokontroli i znajomości osławionego savoir-vivre. W gruncie rzeczy przecież pozwalała jadowi wylewać się spomiędzy pełni różanych warg z absolutną świadomością mętnych czynów; uwielbiała grać, uwielbiała kłamać, uwielbiała, gdy po wypowiedzeniu jej imienia zapadała martwa cisza.
Mężczyzna zdawał się być jednak nieustraszony; ona zaś, uniósłszy oczęta ku podszyciu speluny, odmówiła prawdopodobnie jedną z modlitw o niezachwianą cierpliwość. Tej jej brakowało nie od dzisiaj, a deficyty w niej przejmowała arogancja i stanowienie stoicko obraźliwej osobliwości. Pozornie mogła nie przylegać do tego miejsca; jej elegancka papierośnica, drogie fajki, gładki i czysty ubiór krzyczały sobą, opiewając ją mianem istnienia ze sfer wyższych.
W gruncie rzeczy jednak, nie różniła się absolutnie niczym.
Zmrużyła oczy, odkrywając w sobie swoiste nuty irytacji na to, iż nie udało jej się pozbyć nachalnej jednostki, a ta wręcz przykleiła się do niej nieodwołalnie. Westchnęła. O wiele za ciężko, w stosunku do patosu sytuacji.
– Zatem wyobraź sobie sytuację, w której rozeźlona matka chce mnie wezwać do siebie pełnym imieniem – odparowała słowami, które mogłyby być uznane za żart, gdyby nie ten piekielnie twardy, bezemocjonalny ton głosu. – Och, bo ty myślałeś, że żartowałam? – Ugięła brwi i pokręciła głową z litością.
Trzeźwość zawsze uderzała jej do głowy masywem piany morskiej, otulając wszystkie niespokojne myśli nagłym żądaniem stanięcia na baczność; jej niechęć wobec obcych sięgała nieomal tak wysoko, co odnośnie tych doskonale znanych. W gruncie rzeczy przecież nie lubiła prawie nikogo, z kim musiała bytować w prozie codzienności. Pewnie dlatego ten krzywy grymas wpisał się w przędzony codziennością wyraz twarzy Lycoris.
Nie podziękowała za trunek, jednak po paru sekundach, gdy trwała w godzeniu się z faktem, jakoby uporczywy gość nie zamierzał się oddalić, umoczyła wargi w cierpkim napoju.
– Mam nadzieję, że wiesz, jak inaczej można rozwiązać sytuację dręczenia mnie. Można na przykład – urwała – pomyślmy – urwała ponownie – tego nie robić. – Otworzyła szeroko oczy, jakby omawiała prawdę objawioną.
– W pracy dręczą mnie trupy, dlatego wszechświat, chcąc zażartować ze mnie, postanowił zadręczyć mnie dodatkowo żywymi. Och, chcesz mi podać dłoń? Nie martw się, dotykała dzisiaj tylko formaliny i wnętrzności – rzuciła sarkastycznie, oceniając, na ile jej rozmówca wyczuje podszewkę niekrytej ironii budującej się w głoskach.