27.05.2024, 21:14 ✶
Ostatnie trzy dni z życia Atreusa, były niezwykle intensywne. Najpierw był pojedynek, na którym był sekundantem Louvaina. Impreza fajna, ale honor Loretty ni to został uratowany, ni to na powrót poddany pełnej wątpliwości. Jeśli ktoś liczył na soczystą, zaciekłą walkę to mógł się trochę przeliczyć bo skończyło się mdłym remisem. Jakaś jego część cieszyła się, że Lestrange nie skończył pokiereszowany, ale szanujmy się - gdzie w tym zabawa? Potem było afterparty i tam już było ciekawiej, bo następnego ranka, bladym świtem, Florence musiała naprawiać mu buźkę - spotkanie Mulcibera w klubie skończyło się oczywiście bitką, jakby nie patrzeć to znowu o honor Loretty, ale już o wiele mniej oficjalnie. Alexander dostał w czambo i przynajmniej ten amant otrzymał to na co zasłużył, chociaż Bulstrode bił go raczej dla zasady i dlatego, że skurwysyn był podejrzany.
Potem natomiast, trochę skacowany, miał zmianę w pracy i mu kazali się teleportować świstoklikiem nie wiadomo gdzie i wszystko byłoby cacy i pięknie, gdyby nie fakt że ten świstoklik pierdolnął i wywalił ich na kompletne zadupie. Ich, bo w tej sprawie towarzyszyła mu Brenna, więc zamiast badać sprawę to zastanawiali się potem, czy ich w nocy wampiry nie zjedzą. Nie zjadły, ale cała posiadłość okazała się jakimś upiornym mirażem, który pod wpływem dnia zmienił się w zwyczajną ruderę, a oni mokrzy i zmęczeni wrócili do Ministerstwa.
Ciekawe, jak mocno Erik wziąłby ich swatanie w obroty, gdyby dowiedział się że spali w jednym łóżku.
Jakby cyrku na kółkach było mało, to kiedy już się do Atrium dostali i wsiedli do windy, to ta wysiadła, zamykając ich w środku. Było zimno, nieprzyjemnie i jeszcze akrobatykę musieli uprawiać, żeby się z tych otwartych drzwi między piętrami nie zwalić do szybu.
Atreus miał zwyczajnie dość.
Siedział przy stole w kuchni, niczym szmaciana laleczka i patrzył gdzieś przed siebie. Zsunął się nieco na krześle, tak że głową opierał się o oparcie krzesła, z jedną ręką bezwładnie zwieszoną, a drugą opartą na blacie stołu, gdzie trzymał szklankę w której połyskiwała resztka whisky. Na całe szczęście, reszty butelki nie było już nigdzie widać, bo chyba nawet nie miał siły się porządnie najebać.
- Cześć - podniósł spojrzenie, przez chwilę jakby nie będąc pewnym, na kim ogniskuje się jego spojrzenie. W końcu jednak uniósł odrobinę brwi, wyraźnie nie spodziewając się Laurenta. Wypił ostatni łyk i odstawił szklankę. - Jestem tylko cholernie zmęczony. Ostatnie dni to był jebany rollercoaster. - niby chciał podciągnąć się na krześle i usiąść prościej, ale szybko odrzucił ten pomysł. - Zrobisz mi też? - oderwał spojrzenie od kuzyna, na moment przenosząc je na Florence grzebiącą przy szafkach. Głos miał zmęczony, ale w gruncie rzeczy miękki, a umysł nawet jeśli działał ociężale, znowu skierował się na Prewetta z pewną uwagą. - Co się stało? - powtórzył niczym echo jego własne pytanie. Był chyba uczulony na wrażliwość Laurenta bardziej zwykle od momentu, kiedy w tej dokładnie kuchni mu przywalił. Coś w nim wtedy pękło i wciąż dręczyło, nawet jeśli na zewnątrz starał się pokazać, że wszystko jest przecież w jak najlepszym porządku.
Potem natomiast, trochę skacowany, miał zmianę w pracy i mu kazali się teleportować świstoklikiem nie wiadomo gdzie i wszystko byłoby cacy i pięknie, gdyby nie fakt że ten świstoklik pierdolnął i wywalił ich na kompletne zadupie. Ich, bo w tej sprawie towarzyszyła mu Brenna, więc zamiast badać sprawę to zastanawiali się potem, czy ich w nocy wampiry nie zjedzą. Nie zjadły, ale cała posiadłość okazała się jakimś upiornym mirażem, który pod wpływem dnia zmienił się w zwyczajną ruderę, a oni mokrzy i zmęczeni wrócili do Ministerstwa.
Ciekawe, jak mocno Erik wziąłby ich swatanie w obroty, gdyby dowiedział się że spali w jednym łóżku.
Jakby cyrku na kółkach było mało, to kiedy już się do Atrium dostali i wsiedli do windy, to ta wysiadła, zamykając ich w środku. Było zimno, nieprzyjemnie i jeszcze akrobatykę musieli uprawiać, żeby się z tych otwartych drzwi między piętrami nie zwalić do szybu.
Atreus miał zwyczajnie dość.
Siedział przy stole w kuchni, niczym szmaciana laleczka i patrzył gdzieś przed siebie. Zsunął się nieco na krześle, tak że głową opierał się o oparcie krzesła, z jedną ręką bezwładnie zwieszoną, a drugą opartą na blacie stołu, gdzie trzymał szklankę w której połyskiwała resztka whisky. Na całe szczęście, reszty butelki nie było już nigdzie widać, bo chyba nawet nie miał siły się porządnie najebać.
- Cześć - podniósł spojrzenie, przez chwilę jakby nie będąc pewnym, na kim ogniskuje się jego spojrzenie. W końcu jednak uniósł odrobinę brwi, wyraźnie nie spodziewając się Laurenta. Wypił ostatni łyk i odstawił szklankę. - Jestem tylko cholernie zmęczony. Ostatnie dni to był jebany rollercoaster. - niby chciał podciągnąć się na krześle i usiąść prościej, ale szybko odrzucił ten pomysł. - Zrobisz mi też? - oderwał spojrzenie od kuzyna, na moment przenosząc je na Florence grzebiącą przy szafkach. Głos miał zmęczony, ale w gruncie rzeczy miękki, a umysł nawet jeśli działał ociężale, znowu skierował się na Prewetta z pewną uwagą. - Co się stało? - powtórzył niczym echo jego własne pytanie. Był chyba uczulony na wrażliwość Laurenta bardziej zwykle od momentu, kiedy w tej dokładnie kuchni mu przywalił. Coś w nim wtedy pękło i wciąż dręczyło, nawet jeśli na zewnątrz starał się pokazać, że wszystko jest przecież w jak najlepszym porządku.