27.05.2024, 21:19 ✶
Gadam z Isaaciem blisko grającej muzyki.
Odwzajemnił posłany mu uśmiech, jemu jednak udało się nie zawrzeć w nim tak wielkiej ilości smutku, co blondynowi. Grał lepiej? Niby grał od lat, dekad, z drugiej strony nie wydawało mu się, aby stał się kiedykolwiek dobrym oszustem - coraz częściej doszukiwał się w sobie jakiejś choroby duszy, co musiała ułatwiać mu tak sprawne maskowanie tego, jak szaloną sinusoidą stało się jego życie. A ten uśmiech Laurenta... taki smutny, a jednocześnie taki ciepły. Chciałby z nim porozmawiać - nie ruszył się jednak z miejsca, bo wydawało mu się oczywistym, że gdyby chłopak po tym wszystkim co między nimi zaszło wciąż chciał zamienić z nim choćby kilka słów, to by stąd tak po prostu nie wyszedł. Albo chociaż by głową ruszył w kierunku tego ogrodu, na znak, że miał za nim iść. Crow pobiegłby za nim od razu.
Zamiast tego stał tutaj. Wśród masy innych ludzi, do których też kompletnie nie pasował. Gdyby przyszedł tutaj w ubraniach, jakie faktycznie lubił nosić, gdyby nie przyklepał swojej burzy loków Ulizanną, połowa weselnych gości wytykałaby go teraz palcami. Druga połowa oceniałaby go milcząco. Jakby do tego gębę otworzył i wypowiedział się na jakiś temat, który go faktycznie interesował - to by była kompletna katastrofa... Pasował tutaj jak pięść do mordy - kompletnie nie jego świat, nie jego ludzie, nie jego muzyka, nawet... Ciasta jakieś nie jego. Smaczne, ale kiedy godzinę temu jedna z kelnerek poczęstowała go jakimś przypieczonym deserkiem, a on się przyznał, że wolał smak tych tanich ciastek zajeżdżających masłem i cukrem, powiedziała mu jakieś bzdury o szansie na spróbowanie czegoś lepszego. Musiała traktować takie wesela jako okazję do spróbowania życia wyższych sfer. Normalnie by go to uraziło, ale wyjątkowo zaśmiał się - bo to przecież było tak Perseuszowe - on mu kiedyś lubił stwarzać takie szanse i później ze zmieszaniem mierzył się z tym, jak Crow wymiotował do Sekwany po spróbowaniu takich właśnie nieziemskich, smakujących jak niebo, absurdalnie drogich wypieków i win. Żołądek go po tym bolał że dwa dni, ale naprawdę uważał to za dobre wspomnienie. Takie warte zapamiętania, śmieszne, przyjemne. Miał w biografii mało takich przedziałów czasowych, do których wracał z nostalgią, chociaż stanowiły zamknięty rozdział, a on generalnie źle reagował na przerzucanie stron, nie lubił zmian... Był z nim wtedy szczęśliwy. Miał też nadzieję, że ta kobieta będzie z nim szczęśliwa i... Daj jej wszechświecie, żeby lepiej reagowała na wymysły tego głupka. I żeby ten oprych skutecznie wcisnął bo do łba te groźby karalne.
Myśli o Laurencie wróciły do niego nagle. Nie dlatego, że ich jakoś do siebie porównywał, to była... Panika. Błysk światła, kiedy wpatrywał się w Perseusa i Vesperę rozmarzonym spojrzeniem (poza tym fragmentem, w którym Sauriel go zastraszał...). Zamrugał, słysząc znajomy głos, potrzebował kilku sekund na połączenie go z twarzą, wzrok mu się od tego światła rozmył, naprawdę słabo na to zareagował.
To był on. Dziennikarzyna z Lammas, ten co go Jim przeganiał tekstami religijnymi, a on się i tak uśmiechał wesoło i mrugał... Pomyślał o Laurencie bo to był ostatni człowiek jakiego tutaj widział, a o którym wiedział, że faktycznie mógł zechcieć wyciągnąć go z opresji, w jaką zamierzał sam się wpakować - no bo mu przecież to obiecał. Ale on stąd zniknął i nie mógł pobawić się w rycerza, Alexander tkwił chuj wie gdzie, nikogo innego tu nie było.
Tylko on i ten koleś z aparatem, tak samo wysoki, dobrze ubrany i wesoły jak wtedy. Irytujący - ale co z tego, że irytujący, kiedy ty nie posiadasz niemal żadnych hamulców. Crow wyszczerzył się więc, niemalże szyderczo.
- Poczekaj aż zobaczysz jak gram na dudach - rzucił jak gdyby nigdy nic, ale wiadomo było jaki obraz chciał tym przywołać do umysłu Bagshota. Zwłaszcza, że kiedy ten się zbliżył, Crow zadarł podbródek do góry, żeby lepiej widzieć jego oczy i lekko rozchylił usta. Durny żart mający uderzyć w umysły ludzi w tym samym kręgu zainteresowań. - Zajebiście. Skąd to pytanie? Nie wolisz dowiedzieć się więcej o mnie? - Czy jednak Jim zapisał się w jego pamięci bardziej złapaniem go za tyłek? Mógłby go złapać za ten krawat, zobaczyć czy dzisiaj też będzie taką kokietką, ale ceną za to było pewnie coś gorszego niż zostanie stąd wywalonym na zbity pysk. Nie pasował do tych ludzi i nie lubił ich, uważał też, że miał ku temu sensowne powody.
Zamiast tego zaoferował mu tacę z drinkami. Alkohol był czarny jak smoła, ale dało się dostrzec w nim czerwone drobinki brokatu. No... o ile widziało się kolory.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.