27.05.2024, 21:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.12.2024, 00:16 przez Eden Lestrange.)
Ucieczka nie wchodziła w grę. Od dziecka uczono ją, że z bitwy wraca się albo z tarczą, albo nie wraca się wcale. Bez tarczy nie było co się pokazywać w domu, bo wstyd byłby gorszy od śmierci. Dla Eden każda interakcja była walką, nawet te najbardziej trywialne - jeśli nie walczyła o prym, to przynajmniej o to, by utrzymać twarz. By nie dać po sobie poznać, że wcale nie jest taka pewna swojego zdania i gruntu. Że ten raj obiecany pod przykrywką jej imienia jest tą wersją, z której wygnano już cały pierwiastek ludzki, a drzewo obradza w zgniłe owoce.
Dziewczyna nagle się poruszyła, a Malfoy razem z nią - popełniła błąd, ułatwiając niedoszłej samobójczyni porwanie, ale kiedy tak bez ostrzeżenia zerwała się z tego gzymsu, Eden święcie była przekonana, że jednak będzie skakać. Jeszcze chwilę temu uparła się przecież, że musi ją złapać, uratować od śmierci, bo inaczej wyjdzie z tego więcej szkody niż pożytku. Była więc w pełnej gotowości, toteż i odruch miała bezwarunkowy.
Była w zbyt dużym szoku, by się wyplątać z objęć. Cenny czas na reakcję odebrało jej gapienie się na nią jak cielę na malowane wrota, więc nie zdążyła już zapytać podniesionym głosem, co sobie wyobraża, ani nie udało się jej odepchnąć w gniewie. Nie zdążyła jej życzyć wszystkiego najgorszego i ostrzec, że może zrujnować jej życie jeszcze przed świtem, jeśli nie będzie szanować jej granic.
Nie zdążyła też spostrzec, kiedy właściwie ta idiotka złapała za miotłę.
Wydała z siebie jedynie stłumiony dźwięk zaskoczenia, coś na kształt zduszonego krzyku. Odruchowo zamknęła szczelnie oczy, czując pęd wiatru na policzkach. Burza blond kosmyków zaczęła się wić na wietrze, smagając twarze ich obu. Żałosnym było, jak kurczowo złapała się ubrań Gryfonki, po raz pierwszy w życiu realnie bojąc się śmierci poprzez upadek z wysokości.
Trwałaby w takim cichym przerażeniu, zastygła w ruchu i z pobielałymi od uścisku knykciami, gdyby ta na górze nie zaczęła się śmiać. Eden otworzyła oczy, gotowa jej dosłownie przyfasolić w tę śliczną buzię, ale powstrzymała się w ostatnim momencie. Przecież jak ją zrzuci z tej miotły, to obydwie umrą.
- Jesteś martwa - oświadczyła, choć nie brzmiała przekonująco, kiedy strach bujał jej głosem. - Nie zdajesz sobie sprawy, co cię czeka, kiedy tylko moi rodzice... - nie dokończyła, bo miotła zatrzęsła się niebezpiecznie pod jej plecami, gdy porywaczka weszła w zakręt, a Eden w rezultacie odebrało mowę. Może to i dobrze, bo zasłanianie się ojcem było co najmniej żałosne, żeby nie powiedzieć - śmieszne. Już wystarczyło, że niechybnie wyglądała strasznie głupio z oczyma wytrzeszczonymi ze strachu, to i tak stawiało ją w roli pośmiewiska.
Spojrzała w górę na twarz dziewczyny, która ewidentnie była w siódmym niebie. I słusznie, pomyślała Eden, uśmiechając się kwaśno. Wygrałaś w końcu tę bitwę.
Było jednak coś w tym szaleńczym uśmiechu porywaczki, co tłumiło przerażenie Eden. Zdecydowanie była szalona, kwalifikowała się na długotrwały pobyt w Lecznicy Dusz, ale nie wyglądała na mordercę. Twarz miała przyjemną, a oczy wyglądały bardzo miło, kiedy odbijało się w nich światło wiszącego nad nimi księżyca. Malfoy potrzebowała jeszcze chwili patrzenia nań, ale w końcu się przekonała, że tej nocy nie dokona żywota.
Objęła dziewczynę mocniej; pod pretekstem bezpieczeństwa, gdyby ktoś pytał. Wcale nie dlatego, że bliskość jej ciała uspokajała podchodzące jej do gardła serce. Przecież Eden niczego się nie bała, a zwłaszcza takiej...
- Kim ty właściwie jesteś? - Zapytała wreszcie, bo nadal nie miała pojęcia, z kim ma do czynienia. Nie wiedziała, jak porywaczka ma na imię, skąd pochodzi, czy w ogóle jest prawdziwa. Porzuciła grzeczność, nie chcąc rozpoczynać od przedstawienia się samodzielnie - głównie z powodu pychy, będąc święcie przekonaną, że cały Hogwart wie, kim jest. Ot, wybujałe ego samozwańczego pępka świata.
Dziewczyna nagle się poruszyła, a Malfoy razem z nią - popełniła błąd, ułatwiając niedoszłej samobójczyni porwanie, ale kiedy tak bez ostrzeżenia zerwała się z tego gzymsu, Eden święcie była przekonana, że jednak będzie skakać. Jeszcze chwilę temu uparła się przecież, że musi ją złapać, uratować od śmierci, bo inaczej wyjdzie z tego więcej szkody niż pożytku. Była więc w pełnej gotowości, toteż i odruch miała bezwarunkowy.
Była w zbyt dużym szoku, by się wyplątać z objęć. Cenny czas na reakcję odebrało jej gapienie się na nią jak cielę na malowane wrota, więc nie zdążyła już zapytać podniesionym głosem, co sobie wyobraża, ani nie udało się jej odepchnąć w gniewie. Nie zdążyła jej życzyć wszystkiego najgorszego i ostrzec, że może zrujnować jej życie jeszcze przed świtem, jeśli nie będzie szanować jej granic.
Nie zdążyła też spostrzec, kiedy właściwie ta idiotka złapała za miotłę.
Wydała z siebie jedynie stłumiony dźwięk zaskoczenia, coś na kształt zduszonego krzyku. Odruchowo zamknęła szczelnie oczy, czując pęd wiatru na policzkach. Burza blond kosmyków zaczęła się wić na wietrze, smagając twarze ich obu. Żałosnym było, jak kurczowo złapała się ubrań Gryfonki, po raz pierwszy w życiu realnie bojąc się śmierci poprzez upadek z wysokości.
Trwałaby w takim cichym przerażeniu, zastygła w ruchu i z pobielałymi od uścisku knykciami, gdyby ta na górze nie zaczęła się śmiać. Eden otworzyła oczy, gotowa jej dosłownie przyfasolić w tę śliczną buzię, ale powstrzymała się w ostatnim momencie. Przecież jak ją zrzuci z tej miotły, to obydwie umrą.
- Jesteś martwa - oświadczyła, choć nie brzmiała przekonująco, kiedy strach bujał jej głosem. - Nie zdajesz sobie sprawy, co cię czeka, kiedy tylko moi rodzice... - nie dokończyła, bo miotła zatrzęsła się niebezpiecznie pod jej plecami, gdy porywaczka weszła w zakręt, a Eden w rezultacie odebrało mowę. Może to i dobrze, bo zasłanianie się ojcem było co najmniej żałosne, żeby nie powiedzieć - śmieszne. Już wystarczyło, że niechybnie wyglądała strasznie głupio z oczyma wytrzeszczonymi ze strachu, to i tak stawiało ją w roli pośmiewiska.
Spojrzała w górę na twarz dziewczyny, która ewidentnie była w siódmym niebie. I słusznie, pomyślała Eden, uśmiechając się kwaśno. Wygrałaś w końcu tę bitwę.
Było jednak coś w tym szaleńczym uśmiechu porywaczki, co tłumiło przerażenie Eden. Zdecydowanie była szalona, kwalifikowała się na długotrwały pobyt w Lecznicy Dusz, ale nie wyglądała na mordercę. Twarz miała przyjemną, a oczy wyglądały bardzo miło, kiedy odbijało się w nich światło wiszącego nad nimi księżyca. Malfoy potrzebowała jeszcze chwili patrzenia nań, ale w końcu się przekonała, że tej nocy nie dokona żywota.
Objęła dziewczynę mocniej; pod pretekstem bezpieczeństwa, gdyby ktoś pytał. Wcale nie dlatego, że bliskość jej ciała uspokajała podchodzące jej do gardła serce. Przecież Eden niczego się nie bała, a zwłaszcza takiej...
- Kim ty właściwie jesteś? - Zapytała wreszcie, bo nadal nie miała pojęcia, z kim ma do czynienia. Nie wiedziała, jak porywaczka ma na imię, skąd pochodzi, czy w ogóle jest prawdziwa. Porzuciła grzeczność, nie chcąc rozpoczynać od przedstawienia się samodzielnie - głównie z powodu pychy, będąc święcie przekonaną, że cały Hogwart wie, kim jest. Ot, wybujałe ego samozwańczego pępka świata.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~