27.05.2024, 22:27 ✶
Jest z Millie, a gdzie, to ona zdecyduje
Christopher Rosier pojawił się na weselu Blacków, głównie dlatego, że miała to być wielkie wydarzenie, a on lubił bywać na wielkich wydarzeniach. Przypominać o swoim istnieniu, nawiązywać odpowiednie kontakty i z przyjemnością upewniać się, że jego kreacje to jedne z najpiękniejszych – jeśli nie najpiękniejsze – na sali. Na tę okazję przygotował stroje dla czterech panien (Christopher nie szył w końcu dla każdego, na tym budował swoją markę…), i wypatrywał ich już w kaplicy: w tłumie dość szybko dostrzegł czerwień sukni Victorii Lestrange.
Druga panna odziana w suknię jego projektu – jasną, więc wyróżniającą się na tle czerni i szkarłatu – stała u jego boku. Rosier, sam odziany czarno – czerwoną szatę własnego projektu, sam nie był pewny, co strzeliło mu do głowy, że przyprowadził tutaj Mildred Moody. Lubił ją oczywiście, ale to nie wystarczyłoby, żeby tu z nią przyszedł, bo chociaż jej krew większość pewnie uznałaby za nieakceptowalną do małżeństwa, to za dość akceptowalną na randki, to jednak Blackowie słynęli z konserwatyzmu. Może trochę wiodła nim przekora. Może to, że jego była dziewczyna prawdopodobnie się tutaj pojawi. Może że w głębi ducha bawiła go trochę idea wprowadzenia tutaj Millie i pozwolenia jej na udawanie kogoś zupełnie innego – nie żeby ciągnął ją tutaj siłą, i nie uprzedził, jakie poglądy ma organizatorka wesela. A może coś innego. Zresztą, chyba rodzony brat miałby trudności w poznaniu jej po tym, jak dostała makijaż i fryzurę u Potterów, z magicznymi kosmetykami i założyła na siebie kreację Domu Mody Rosier, prostą, podkreślającą jej delikatną urodę.
Teraz, choć nie przyznałby się tego przed samym sobą, trochę się bał, czy nie przegiął struny.
Mimo to starał się robić dobrą minę do złej gry, nawet jeśli był nieco zdenerwowany. Nie pokazywał tego jednak, a pewność siebie, którą zawsze się charakteryzował, wydatnie w tym pomagała. Ot na wszelki wypadek lawirował tak, by unikać niektórych członków rodziny i przyjaciół, niby to przypadkiem. Zostawił prezenty na stole (damską szatę oraz męską marynarkę z Domu Rosierów, wprawdzie nie jego projektu, ale najwyższej jakości), wpisał parę słów do księgi gości. Obiad i pierwszy taniec upłynęły jednak bez żadnych wielkich problemów, i Christopher się rozluźnił.
– Masz ochotę zatańczyć czy wyjść do ogrodu? – spytał.
Christopher Rosier pojawił się na weselu Blacków, głównie dlatego, że miała to być wielkie wydarzenie, a on lubił bywać na wielkich wydarzeniach. Przypominać o swoim istnieniu, nawiązywać odpowiednie kontakty i z przyjemnością upewniać się, że jego kreacje to jedne z najpiękniejszych – jeśli nie najpiękniejsze – na sali. Na tę okazję przygotował stroje dla czterech panien (Christopher nie szył w końcu dla każdego, na tym budował swoją markę…), i wypatrywał ich już w kaplicy: w tłumie dość szybko dostrzegł czerwień sukni Victorii Lestrange.
Druga panna odziana w suknię jego projektu – jasną, więc wyróżniającą się na tle czerni i szkarłatu – stała u jego boku. Rosier, sam odziany czarno – czerwoną szatę własnego projektu, sam nie był pewny, co strzeliło mu do głowy, że przyprowadził tutaj Mildred Moody. Lubił ją oczywiście, ale to nie wystarczyłoby, żeby tu z nią przyszedł, bo chociaż jej krew większość pewnie uznałaby za nieakceptowalną do małżeństwa, to za dość akceptowalną na randki, to jednak Blackowie słynęli z konserwatyzmu. Może trochę wiodła nim przekora. Może to, że jego była dziewczyna prawdopodobnie się tutaj pojawi. Może że w głębi ducha bawiła go trochę idea wprowadzenia tutaj Millie i pozwolenia jej na udawanie kogoś zupełnie innego – nie żeby ciągnął ją tutaj siłą, i nie uprzedził, jakie poglądy ma organizatorka wesela. A może coś innego. Zresztą, chyba rodzony brat miałby trudności w poznaniu jej po tym, jak dostała makijaż i fryzurę u Potterów, z magicznymi kosmetykami i założyła na siebie kreację Domu Mody Rosier, prostą, podkreślającą jej delikatną urodę.
Teraz, choć nie przyznałby się tego przed samym sobą, trochę się bał, czy nie przegiął struny.
Mimo to starał się robić dobrą minę do złej gry, nawet jeśli był nieco zdenerwowany. Nie pokazywał tego jednak, a pewność siebie, którą zawsze się charakteryzował, wydatnie w tym pomagała. Ot na wszelki wypadek lawirował tak, by unikać niektórych członków rodziny i przyjaciół, niby to przypadkiem. Zostawił prezenty na stole (damską szatę oraz męską marynarkę z Domu Rosierów, wprawdzie nie jego projektu, ale najwyższej jakości), wpisał parę słów do księgi gości. Obiad i pierwszy taniec upłynęły jednak bez żadnych wielkich problemów, i Christopher się rozluźnił.
– Masz ochotę zatańczyć czy wyjść do ogrodu? – spytał.