28.05.2024, 02:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.05.2024, 02:18 przez Millie Moody.)
przy wejściu, idziemy na parkiet
Obok Rosiera, z ręką wsuniętą pod jego ramię kroczyła niespiesznie milcząca kobieta, odziana bez dwóch zdań w projekt, który wyszedł spod Rosierowej ręki. Matowa satyna w tonach jasnej słodkiej brzoskwini ocieplonej muśnięciami lipcowego słońca, niczym druga skóra rozlewała się drapowaniem po smukłej, wyprostowanej dumnie sylwetce. Jej kruczo-czarne włosy spięte zostały w ciasny kok nieco powyżej linii karku, wydobywając owal twarzy, pozwalając zaistnieć dla świata długiej, łabędziej wręcz szyi pozbawionej jakichkolwiek ozdób. Jedyną biżuterią niewiasty pozostały dwa złociste topazy, miodowe oczy, które spoglądały na świat otaczający kruchą, porcelanową lalkę. Niewinność tej istoty, przełamywał tylko głęboki, zahaczający o granice dobrego smaku dekolt na plecach, eksponujący piękno łagodnych krzywizn kręgosłupa, próżno było szukać jakiejkolwiek skazy, jakiejkolwiek blizny choćby i tej, która przecież była jej chlubą...
Nie sądziła, że Christopher po tym jak wystawiła go trzy miesiące temu (Ale zdajesz sobie sprawę z tego, że leżałam w śpiączce zadufany w sobie dupku!?) będzie chciał w ogóle z nią rozmawiać. Że będzie chciał kończyć projekt, który zrządzeniem losu zaczęli przed Beltane. Czyj to był pomysł? Czy nie chciał jej udowodnić, że będzie miała gdzie założyć jego kreację? A może poczuł się urażony, że jego inną suknię nosiła na wioskowej potańcówce? A może myślał, że stchórzy, że podkuli ogon, że nie podejmie rzuconej przez niego rękawicy? Że nie da się uczesać jej splątanych włosów, które rwała z głowy jeszcze tydzień temu, w obawie, że znów odrzucą jej prośbę o zwolnienie z Lecznicy Dusz? Że będzie wkładać palce w pomalowane ślepia, że zająknie się choćby słowem o dyskomforcie jaki czuła mając nakładane kolejne warstwy magicznego makijażu? Czy sądził, że stchórzy, gdy ją ubrał, gdy stanęła przed lustrem i nie mogła mu odmówić słuszności pomysłu, idei w której szata jest tylko pretekstem, konceptem, w którym piękno nie potrzebuje dodatków, aby się obronić.
Nienawidziła swojego ciała, ale to nie było jej ciało. Materiał w kolorze skóry, pozwalał stracić rozeznanie, gdzie co się zaczyna. A więc była suknią sunącą długim trenem po marmurowym korytarzu. Suknią gnącą się, falującym drapowaniem, szelestem małych splotów, oddechem lata, słodką wonią magnolii. Brakowało tylko sztyletu wbitego w okolice żeber, aby zakwitła czerwienią, jak wszyscy wkoło.
– Wolę zatańczyć – odpowiedziała mu miękko. Polubiła to uczucie, powolne kołowanie w rytm cichej muzyki, dni i noce spędzone na rysowaniu pozwoliły jej otworzyć oczy na subtelności, pozwoliły jej zachwycić się światem w ruchu. A może to leki? Łagodny uśmiech pojawił się na twarzy, której kanty i zjadliwość skutecznie tuszował makijaż. W cichym westchnieniu odwróciła się tylko na moment w kierunku grupki stojącej opodal drzwi, jej spojrzenie osiadło na nim, na dojmującym braku aureoli ciemnych loków, na dwóch smutnych węglach osadzonych w bladej, wychudłej twarzy. Grin...? zdziwiła się, spuszczając momentalnie wzrok na swoją własną dłoń, w niemym zdziwieniu, że jest znów bladą kanwą, że nie ma na niej akwarelowych barw, które dał jej tamtego dnia. To był tylko moment, kroki prowadziły dalej, w głąb sali, do muzyki. Do zapomnienia.
Obok Rosiera, z ręką wsuniętą pod jego ramię kroczyła niespiesznie milcząca kobieta, odziana bez dwóch zdań w projekt, który wyszedł spod Rosierowej ręki. Matowa satyna w tonach jasnej słodkiej brzoskwini ocieplonej muśnięciami lipcowego słońca, niczym druga skóra rozlewała się drapowaniem po smukłej, wyprostowanej dumnie sylwetce. Jej kruczo-czarne włosy spięte zostały w ciasny kok nieco powyżej linii karku, wydobywając owal twarzy, pozwalając zaistnieć dla świata długiej, łabędziej wręcz szyi pozbawionej jakichkolwiek ozdób. Jedyną biżuterią niewiasty pozostały dwa złociste topazy, miodowe oczy, które spoglądały na świat otaczający kruchą, porcelanową lalkę. Niewinność tej istoty, przełamywał tylko głęboki, zahaczający o granice dobrego smaku dekolt na plecach, eksponujący piękno łagodnych krzywizn kręgosłupa, próżno było szukać jakiejkolwiek skazy, jakiejkolwiek blizny choćby i tej, która przecież była jej chlubą...
Nie sądziła, że Christopher po tym jak wystawiła go trzy miesiące temu (Ale zdajesz sobie sprawę z tego, że leżałam w śpiączce zadufany w sobie dupku!?) będzie chciał w ogóle z nią rozmawiać. Że będzie chciał kończyć projekt, który zrządzeniem losu zaczęli przed Beltane. Czyj to był pomysł? Czy nie chciał jej udowodnić, że będzie miała gdzie założyć jego kreację? A może poczuł się urażony, że jego inną suknię nosiła na wioskowej potańcówce? A może myślał, że stchórzy, że podkuli ogon, że nie podejmie rzuconej przez niego rękawicy? Że nie da się uczesać jej splątanych włosów, które rwała z głowy jeszcze tydzień temu, w obawie, że znów odrzucą jej prośbę o zwolnienie z Lecznicy Dusz? Że będzie wkładać palce w pomalowane ślepia, że zająknie się choćby słowem o dyskomforcie jaki czuła mając nakładane kolejne warstwy magicznego makijażu? Czy sądził, że stchórzy, gdy ją ubrał, gdy stanęła przed lustrem i nie mogła mu odmówić słuszności pomysłu, idei w której szata jest tylko pretekstem, konceptem, w którym piękno nie potrzebuje dodatków, aby się obronić.
Nienawidziła swojego ciała, ale to nie było jej ciało. Materiał w kolorze skóry, pozwalał stracić rozeznanie, gdzie co się zaczyna. A więc była suknią sunącą długim trenem po marmurowym korytarzu. Suknią gnącą się, falującym drapowaniem, szelestem małych splotów, oddechem lata, słodką wonią magnolii. Brakowało tylko sztyletu wbitego w okolice żeber, aby zakwitła czerwienią, jak wszyscy wkoło.
– Wolę zatańczyć – odpowiedziała mu miękko. Polubiła to uczucie, powolne kołowanie w rytm cichej muzyki, dni i noce spędzone na rysowaniu pozwoliły jej otworzyć oczy na subtelności, pozwoliły jej zachwycić się światem w ruchu. A może to leki? Łagodny uśmiech pojawił się na twarzy, której kanty i zjadliwość skutecznie tuszował makijaż. W cichym westchnieniu odwróciła się tylko na moment w kierunku grupki stojącej opodal drzwi, jej spojrzenie osiadło na nim, na dojmującym braku aureoli ciemnych loków, na dwóch smutnych węglach osadzonych w bladej, wychudłej twarzy. Grin...? zdziwiła się, spuszczając momentalnie wzrok na swoją własną dłoń, w niemym zdziwieniu, że jest znów bladą kanwą, że nie ma na niej akwarelowych barw, które dał jej tamtego dnia. To był tylko moment, kroki prowadziły dalej, w głąb sali, do muzyki. Do zapomnienia.