28.05.2024, 05:32 ✶
Crow się zaśmiał. Gdzieś pomiędzy pozostawieniem tego pomiędzy nimi a zapowiedzeniem odejścia. Nie był to żywy, wesoły śmiech - miał w sobie dozę smutku i niepewności, ale coś - właściwie to Nic - wywołało w nim taką reakcję, bo kiedy usłyszał to na głos, próbował w przynajmniej takiej głupocie odnaleźć pocieszenie. Głupocie, której nie potrafił mu teraz wytłumaczyć, więc nie miał takiego zamiaru... Nie chciał jednak zbudować wrażenia, jakby chciał z niego właśnie zakpić - złapał go więc za bark tą swoją zimną ręką i trzymał go przy sobie, ale ten gest zawierał w sobie sporo dystansu. Chciał tej bliskości, ale jednocześnie się czegoś bał.
Dlaczego tak łatwo było zakochać się w Laurencie? Bo tak wyglądał? Bo uśmiechał się w sposób, który topił serce? Bo mówił wierszem i sam był trochę jak poemat? Może przez te róże. Pasowały do niego bardziej niż słoneczniki - nie tylko do ogrodu, lecz do całokształtu Laurenta - wyobrażał sobie, że chłopak musiał mieć te kwiaty we wszystkim - w mydle, w olejkach, w świeczkach stojących na parapecie. Pewnie robił sobie z nich herbatę, może malował się różanymi kosmetykami. Gdyby wyciągnął teraz płatek róży spomiędzy jego włosów, nie zdziwiłby się wcale. Te płatki róż prowadziły ścieżką od tego tarasu do sypialni... Teraz, cóż... kojarzącej mu się źle. Ze zwyczajną krzywdą. Ale... on nie chciał przeprosin. A może nie chciał ich przez wzbierającą się w nim panikę, niekoniecznie dlatego, że nie uważał tego, co się stało za łamiące w pół.
Siedział na tej wannie stabilnie, samotnie. Tylko ten śmiech wskazywał na to, że coś z nim było głęboko nie tak. No, może jeszcze to jak bardzo uparty był, bo wcale tego eliksiru nie wypił, tylko instynktownie chwycił za fiolkę, a później oparł dłoń o nieporanione udo i trzymał ją tak w bezruchu, wpatrując się w blondyna i próbując domyślić się czegokolwiek, co musiało przechodzić teraz przez jego głowę. Wydawał mu się być kimś, kto wydarłby każdemu kawałek nieba za okazaną mu troskę, nawet nie po to, żeby okazać wdzięczność, ale żeby zbudować coś razem, wspólnie, coś wartego zaangażowania. Na pewno nie kimś, kto chciałby być jedynie stroną, która ofiarowuje siebie i nie dostaje nic w zamian. Teraz znów pomagał i co z tego miał - na pewno nie satysfakcję, bo pomagał gnojowi, który go ledwie miesiąc temu skopał i doprowadził do koszmarnego stanu. Brak tu było błysku reflektorów, żeby się mógł tym pochwalić wszem wobec. To miało być tylko między nimi? Co jeszcze między nimi było? Jak powinien to nazwać, a jak nazywać tego nie powinien? Nazwijcie to absurdem, ale on przecież miał w życiu jednego przyjaciela i ten przyjaciel odsunął go od siebie, kiedy znalazł sobie żonę. Miał znajomych, ludzi obdarzonych przez niego sympatią, ludzi coś mu winnych, wdzięcznych mu za pomoc, ale tak generalnie - miał rodzinę i tych dwóch, co ich kochał. Wcześniej - kochanek za kochankiem. Skąd miał wiedzieć, gdzie w to wpisać Laurenta...?
- Laurent... - Tak naprawdę to nie wiedział, co chciał powiedzieć, jakie pytanie chciałby mu zadać. Zwyczajnie nie chciał słyszeć teraz ciszy, ani słów wnoszących tu tak niewiele, że nie udawało im się powstrzymywać zalewającego go natłoku myśli. - Dlaczego zachowałeś to sztuczne niebo, skoro masz dom na odludziu i widać stąd to prawdziwe? - W całej jego okazałości, zupełnie inne niż to w Londynie.
Crow wstał. Westchnął ciężko, podnosząc się na równe nogi i chociaż sprawiło mu to ból, nie upadł na bok ani nie osunął się na podłogę. Wypił to chyba tylko po to, żeby chłopak nie miał jakiegoś głębszego poczucia winy z powodu jego ataku histerii. Smakowało obrzydliwie, nienawidził pić takich rzeczy.
- Obleśne - warknął - a ty jesteś blady jak ściana - dodał, łapiąc go za podbródek i trochę na siłę unosząc jego spojrzenie w górę, na swoją twarz. - Boisz się krwi. - To nie było pytanie, stwierdził to na głos, kompletnie niepotrzebnie. - A jednak jesteś tutaj. Na przekór sobie. Ja... - Faktycznie zachwiał się minimalnie, ale zamrugał tylko i udało mu się stanąć prosto. - Chciałbym ci się za to jakoś odwdzięczyć, ale to, co dla ciebie zrobiłem to kompletne gów... - Te krzywe rysunki w dzienniku... I tak, oczywiście - chciał zmienić temat. Dopiero co rozdrapał sobie tutaj ranę do krwi, przemarzł pod tym prysznicem i chciał zmienić temat, zanim ktoś powtórzy te same, niewygodne pytania. Nic go tak nie nauczyło jak ostatnie miesiące, że cisza i robienie dobrej miny do złej gry kończyły się lepiej niż szczerość. Gówno to mu los ofiarował za próbę wygrzebania się z tej sieci niedopowiedzeń. A mógł tam kurwa tkwić i się nie ruszać.
Dlaczego tak łatwo było zakochać się w Laurencie? Bo tak wyglądał? Bo uśmiechał się w sposób, który topił serce? Bo mówił wierszem i sam był trochę jak poemat? Może przez te róże. Pasowały do niego bardziej niż słoneczniki - nie tylko do ogrodu, lecz do całokształtu Laurenta - wyobrażał sobie, że chłopak musiał mieć te kwiaty we wszystkim - w mydle, w olejkach, w świeczkach stojących na parapecie. Pewnie robił sobie z nich herbatę, może malował się różanymi kosmetykami. Gdyby wyciągnął teraz płatek róży spomiędzy jego włosów, nie zdziwiłby się wcale. Te płatki róż prowadziły ścieżką od tego tarasu do sypialni... Teraz, cóż... kojarzącej mu się źle. Ze zwyczajną krzywdą. Ale... on nie chciał przeprosin. A może nie chciał ich przez wzbierającą się w nim panikę, niekoniecznie dlatego, że nie uważał tego, co się stało za łamiące w pół.
Siedział na tej wannie stabilnie, samotnie. Tylko ten śmiech wskazywał na to, że coś z nim było głęboko nie tak. No, może jeszcze to jak bardzo uparty był, bo wcale tego eliksiru nie wypił, tylko instynktownie chwycił za fiolkę, a później oparł dłoń o nieporanione udo i trzymał ją tak w bezruchu, wpatrując się w blondyna i próbując domyślić się czegokolwiek, co musiało przechodzić teraz przez jego głowę. Wydawał mu się być kimś, kto wydarłby każdemu kawałek nieba za okazaną mu troskę, nawet nie po to, żeby okazać wdzięczność, ale żeby zbudować coś razem, wspólnie, coś wartego zaangażowania. Na pewno nie kimś, kto chciałby być jedynie stroną, która ofiarowuje siebie i nie dostaje nic w zamian. Teraz znów pomagał i co z tego miał - na pewno nie satysfakcję, bo pomagał gnojowi, który go ledwie miesiąc temu skopał i doprowadził do koszmarnego stanu. Brak tu było błysku reflektorów, żeby się mógł tym pochwalić wszem wobec. To miało być tylko między nimi? Co jeszcze między nimi było? Jak powinien to nazwać, a jak nazywać tego nie powinien? Nazwijcie to absurdem, ale on przecież miał w życiu jednego przyjaciela i ten przyjaciel odsunął go od siebie, kiedy znalazł sobie żonę. Miał znajomych, ludzi obdarzonych przez niego sympatią, ludzi coś mu winnych, wdzięcznych mu za pomoc, ale tak generalnie - miał rodzinę i tych dwóch, co ich kochał. Wcześniej - kochanek za kochankiem. Skąd miał wiedzieć, gdzie w to wpisać Laurenta...?
- Laurent... - Tak naprawdę to nie wiedział, co chciał powiedzieć, jakie pytanie chciałby mu zadać. Zwyczajnie nie chciał słyszeć teraz ciszy, ani słów wnoszących tu tak niewiele, że nie udawało im się powstrzymywać zalewającego go natłoku myśli. - Dlaczego zachowałeś to sztuczne niebo, skoro masz dom na odludziu i widać stąd to prawdziwe? - W całej jego okazałości, zupełnie inne niż to w Londynie.
Crow wstał. Westchnął ciężko, podnosząc się na równe nogi i chociaż sprawiło mu to ból, nie upadł na bok ani nie osunął się na podłogę. Wypił to chyba tylko po to, żeby chłopak nie miał jakiegoś głębszego poczucia winy z powodu jego ataku histerii. Smakowało obrzydliwie, nienawidził pić takich rzeczy.
- Obleśne - warknął - a ty jesteś blady jak ściana - dodał, łapiąc go za podbródek i trochę na siłę unosząc jego spojrzenie w górę, na swoją twarz. - Boisz się krwi. - To nie było pytanie, stwierdził to na głos, kompletnie niepotrzebnie. - A jednak jesteś tutaj. Na przekór sobie. Ja... - Faktycznie zachwiał się minimalnie, ale zamrugał tylko i udało mu się stanąć prosto. - Chciałbym ci się za to jakoś odwdzięczyć, ale to, co dla ciebie zrobiłem to kompletne gów... - Te krzywe rysunki w dzienniku... I tak, oczywiście - chciał zmienić temat. Dopiero co rozdrapał sobie tutaj ranę do krwi, przemarzł pod tym prysznicem i chciał zmienić temat, zanim ktoś powtórzy te same, niewygodne pytania. Nic go tak nie nauczyło jak ostatnie miesiące, że cisza i robienie dobrej miny do złej gry kończyły się lepiej niż szczerość. Gówno to mu los ofiarował za próbę wygrzebania się z tej sieci niedopowiedzeń. A mógł tam kurwa tkwić i się nie ruszać.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.