O nie, nie, nie, nie... Śmiech zatopił swoje kły w jego skórze, ale nie zrobił tego gwałtownie - wsunął się w nią powoli. Był trucizną? Miał być antidotum? Zapominasz o drugiej możliwości, kiedy zimne dreszcz aż przeszywa kręgosłup, a niepokój przepływa przez całe ciało i zostaje jak flegma w chorym gardle, którą bardzo chcesz odkrztusić. Histeryczny śmiech - opisałby go tak na głos, gdyby nie to, że zamarł w bezruchu, trzymając go jednak nadal. Ten odruch, potem ten gest na jego ramieniu. Biały filar podtrzymujący obrzygany, obdrapany z farby strop, który kiedyś był zabytkową mozaiką. Malowidłem jak w kaplicy sykstyńskiej i przy Śmierci, która drążyła sobie zachłannie drogę przez żyły tego człowieka kaplica do niego pasowała. Odprawiasz w niej pogrzeby każdej kolejnej emocji i każdego kolejnego człowieka. Najgorsze było to, że niemal codziennie odprawiano też tam pogrzeb Fleamonta Bella. Jego ciało leżało w trumnie w różnym stanie - raz był to wielotygodniowy już rozkład odtrącający od niego wszystkich, innym razem ciało nawet nie było naruszone. Leżał w tej trumnie jakby tylko spał. Nie stracił nawet jeszcze koloru. Jeśli złapiesz go w ramiona na pewno będzie ciepły, prawda..? Był zimny. Tak samo zimny jak teraz.
- Wrócę, zanim mrugniesz kilka razy. - Zapewnił go, bojąc się, że nie będzie chciał go puścić, że nie pozwoli mu odejść od siebie na kilka metrów. Musiał odejść. Zostawić na moment tego biednego, wykruszonego z emocji manekina na wannie i pobiec po tę apteczkę, żeby się tutaj nim zająć. Jak najszybciej. Nałożyć opatrunek, żeby móc go otulić szlafrokiem i stąd zabrać, otulić. Wiedział, że wyglądał idiotycznie tak biegnąc (tuptając...) po tę apteczkę, a nienawidził tak idiotycznie i nieporadnie wyglądać. Nienawidził, kiedy nie wpisywał się w ujęcie tego, jaki obraz tworzył przed ludźmi, kiedy nie spełniał oczekiwań tego anielskiego, uświęconego bytu, za jaki go mieli, kiedy wypadał w czymś gorzej, kiedy... każda taka chwila była kompromitacją, która przelewała się na jego dumę. Dlatego chował się ze swoim płaczem i nie chciał płakać przy kimś. Teraz to naprawdę nie miało znaczenia. Znaczenie miało to, że nawet ślizgając się na tych kafelkach zaraz był przy nim i mógł mu ten opatrunek założyć.
- T-tak? - Był tak skupiony na tym, żeby założyć ten opatrunek, żeby nie daj Merlinie nie przynieść mu razem z tym więcej bólu, żeby nie nacisnąć za mocno, ale jednocześnie odpowiednio mocno związać ten bandaż, żeby się utrzymał przy... cokolwiek Fleamont zamierzał robić po wyjściu stąd. Jego ruchy spowolniły do niemal zatrzymania, kiedy zadał w końcu to pytanie. - Bo... Ponieważ... - Jaka była dobra odpowiedź na to pytanie? Czy w ogóle była dobra? Powody były dwa. Jego ruchy wróciły do poprzedniego tempa. - Z dwóch powodów. Widzisz, bałem się spać. Mam takie szczęście, że nawet we śnie ktoś próbował mnie zabić. - Uśmiechnął się nerwowo. - Obudziłem się cały we krwi we własnym łóżku. To po tym mam bliznę na plecach. - Po śnie. - Ale potem przyśnił mi się ten śliczny sen. I nagle nie chciałem się budzić. - Ze skrajności w skrajność, Fleamont znał ten stan. Rozpędzasz się do płomieni przyćmiewających zmysły, a potem spadasz w najgłębszą rozpacz, przez którą chcesz już tylko zamknąć powieki. - T-tak bardzo chciałem śnić o tym znowu, bo... - Nie, no proszę, nie... Odetchnął i pociągnął nosem, bo już łzy stanęły mu w oczach. Tych zmęczonych, zaczerwienionych oczach. A sądził, że już nie ma w nim żadnych łez ani siły na nie. - Ach... - Uśmiechnął się na moment znowu. - Po drugie to niebo jest piękne, ponieważ je stworzyłeś. Widzisz, perła, którą noszę na uchu jest magiczna. Ale nawet ona nie jest dla mnie tak cenna jak ten kamień, który tworzy to magiczne niebo. Patrzę w nie i wyobrażam sobie, że... próbuję ratować swoją resztkę nadziei, że... - Odetchnął znowu i przetarł tym kaszmirowym rękawem swojego szlafroka łzy ze swoich policzków. - Ono mi przynosi po prostu bardzo dużo ukojenia. - I nadziei. Nadziei na coś lepszego. Nawet jeśli ta nadzieja była fałszywa.
Schował resztę rzeczy do pudełeczka i zamknął je. Szybko, nerwowo, złapał Crowa za przedramię, kiedy ten się nagle podniósł ze strachem spoglądając, czy na pewno stoi. I jeszcze wytarł ostatnią łzę w ten rękaw, zanim podniósł jego twarz. I z przerażeniem prawie do niego przylgnął, jakby chciał go łapać, kiedy ten się zachwiał.
- Proszę, chodźmy najpierw do salonu, musisz usiąść i się ogrzać.. - Narzucił na niego ten szlafrok, ciepły i puchaty. Niestety dla Crowa - biały. - To nie jest ważne, jak coś wychodzi, wiesz? Może być gównem, ale dopóki jest robione dla kogoś jest najcenniejszą rzeczą, jaką można otrzymać. - Jak niedoskonałe niebo, choć te nad morzem było tak przepiekne.