28.05.2024, 11:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.05.2024, 12:14 przez Lorraine Malfoy.)
Stoimy z Eden Lestrange i Ambrosią McKinnon blisko stołu z deserami, rozmawiamy. Eden zaraz od nas zmyka.
- Zastanawiało mnie, czy będzie miał wystarczający tupet, by wysłać zaproszenie Eunice - wyszeptała Lorraine, dyskretnie nachylając się w stronę Eden Lestrange, tak, że jej usta, sączące słodki jad obmowy, znalazły się tuż przy uchu kuzynki. Nie chciała, by ktokolwiek podchwycił ich rozmowę - kobiety z rodu Malfoy skrywały bazyliszkowate spojrzenia pod niewinnie spuszczonymi rzęsami, zaś wijące się teraz wściekle, tchnące zjadliwością wężowe języki (dziwne, że nie rozwidlone na końcach) chowały za pociągniętymi delikatną pomadką wargami, które w przypadku Lorraine rozciągał delikatny, acz obezwładniający uśmiech wili - od dłuższej chwili dyskutowały na tematy okołorodzinne, nieprzeznaczone dla uszu osób postronnych. - Ale widać więcej kurażu wymaga konfrontacja z byłą żoną niż odprawienie egzorcyzmów za dusze zmarłych mężów. Czy on do reszty oszalał? - westchnęła z ewidentnie pozorowaną troską.
- Myśli, że jak zamiast podróży poślubnej... - bo przecież od lat krążyły plotki, że mężowie panny Rookwood ginęli daleko od domu, w trakcie podróży właśnie - ...zorganizuje w ramach miesiąca miodowego terapię małżeńską, to Vespera odejdzie od starych nawyków?
W jej głosie zabrzmiało pełne wyższości rozbawienie. Och, bynajmniej nie życzyła Perseusowi ani Vesperze źle: po prostu była produktem swojego środowiska, a nic nie elektryzowało elit bardziej niż delikatna atmosfera skandalu, choć wszyscy udawali, że pozostają idealnie obojętni, a wręcz znudzeni całą aferą.
Lorraine tęskniła za tym życiem. Było proste, prostsze niż to, z czym musiała się mierzyć na Nokturnie.
Nie należała w pełni do żadnego z tych światów: do ciemności Podziemnych Ścieżek, do światła kryształowych kandelabrów arystokratycznych rezydencji. Była kimś pomiędzy - wiecznie rozdarta, ale przecież nie zagubiona - nawet teraz, kiedy stała między Eden a Rosie.
Wsunęła zgrabnie swoją rączkę pod ramię stojącej obok Ambrosii McKinnon, obdarzając przyjaciółkę figlarnym uśmieszkiem. Zniżyła głos, tak, że jej słowa mogły dotrzeć do uszu obu kobiet.
- Jak tak dalej pójdzie, stary Rookwood zbankrutuje przed końcem kwartału. Kolejne wesele, zaraz kolejny pogrzeb... Dobrze, że wybrali czarny motyw, oszczędzi. Na jutrzejszej stypie dzisiejszego zięcia - bawiło ją to sformułowanie: dzisiejszy zięć - będzie pewnie podawał resztki z wczorajszego wesela. - Zmrużyła nagle oczy. - Rosie, kochana, tasuj te swoje karty, pięknie proszę: wywróż mi, jak wiele zarobi na tym Necronomicon.
Zawsze źle wyglądała w czerni - jak duch, jak śmierć, przywołała mimowolnie słowa starej mugolki ze Zmarzłoci - czerń była kolorem żałoby, nie wesela, i uważała za złą wróżbę przywdziewanie tej barwy w tak symboliczny dzień. Nie zamierzała dzielić się podobnymi zabobonami ze stojącymi obok kobietami, ale to, co pomyślała, to jej. Nie zamierzała też przywdziewać kurewskiej czerwieni, która kojarzyła jej się tylko i wyłącznie z oknami tanich lupanarów: gdyby chciała prezentować się jak dziwka, nie przyszłaby tutaj z przyzwoitką w osobie Ambrosii, tylko z bluszczową posesywnością oplatałaby silne ramię Degenhardta.
Sukienka Lorraine była efektowna, choć raczej prosta w kroju: otulała figurę kobiety niczym druga skóra - połyskliwe, ciemnoszmaragdowe łuski zdobione złotą nitką, mieniły się w świetle świec, przyjmując barwy od zielonej do niebieskiej, upodobniając kobietę do egzotycznego węża - miała w sobie jednak eteryczną zwiewność, która tuszowała chorobliwą chudość Malfoyówny. Atreus dobrze znał jej gust.
- Chcę wróżbę, ale nie chcę ciastka - rzuciła do Rosie tonem rozkapryszonego dziecka, nachylając się nad talerzem. Wyłuskała karteczkę z przepowiednią, zostawiając wybebeszoną babeczkę na talerzu kobiety. - ...Och, Eden, najmilsza, znowu migrena? - Popatrzyła z niepokojem na zmienioną nagle twarz kuzynki, podnosłszy wreszcie głowę.
!ciastkazwróżbą
- Zastanawiało mnie, czy będzie miał wystarczający tupet, by wysłać zaproszenie Eunice - wyszeptała Lorraine, dyskretnie nachylając się w stronę Eden Lestrange, tak, że jej usta, sączące słodki jad obmowy, znalazły się tuż przy uchu kuzynki. Nie chciała, by ktokolwiek podchwycił ich rozmowę - kobiety z rodu Malfoy skrywały bazyliszkowate spojrzenia pod niewinnie spuszczonymi rzęsami, zaś wijące się teraz wściekle, tchnące zjadliwością wężowe języki (dziwne, że nie rozwidlone na końcach) chowały za pociągniętymi delikatną pomadką wargami, które w przypadku Lorraine rozciągał delikatny, acz obezwładniający uśmiech wili - od dłuższej chwili dyskutowały na tematy okołorodzinne, nieprzeznaczone dla uszu osób postronnych. - Ale widać więcej kurażu wymaga konfrontacja z byłą żoną niż odprawienie egzorcyzmów za dusze zmarłych mężów. Czy on do reszty oszalał? - westchnęła z ewidentnie pozorowaną troską.
- Myśli, że jak zamiast podróży poślubnej... - bo przecież od lat krążyły plotki, że mężowie panny Rookwood ginęli daleko od domu, w trakcie podróży właśnie - ...zorganizuje w ramach miesiąca miodowego terapię małżeńską, to Vespera odejdzie od starych nawyków?
W jej głosie zabrzmiało pełne wyższości rozbawienie. Och, bynajmniej nie życzyła Perseusowi ani Vesperze źle: po prostu była produktem swojego środowiska, a nic nie elektryzowało elit bardziej niż delikatna atmosfera skandalu, choć wszyscy udawali, że pozostają idealnie obojętni, a wręcz znudzeni całą aferą.
Lorraine tęskniła za tym życiem. Było proste, prostsze niż to, z czym musiała się mierzyć na Nokturnie.
Nie należała w pełni do żadnego z tych światów: do ciemności Podziemnych Ścieżek, do światła kryształowych kandelabrów arystokratycznych rezydencji. Była kimś pomiędzy - wiecznie rozdarta, ale przecież nie zagubiona - nawet teraz, kiedy stała między Eden a Rosie.
Wsunęła zgrabnie swoją rączkę pod ramię stojącej obok Ambrosii McKinnon, obdarzając przyjaciółkę figlarnym uśmieszkiem. Zniżyła głos, tak, że jej słowa mogły dotrzeć do uszu obu kobiet.
- Jak tak dalej pójdzie, stary Rookwood zbankrutuje przed końcem kwartału. Kolejne wesele, zaraz kolejny pogrzeb... Dobrze, że wybrali czarny motyw, oszczędzi. Na jutrzejszej stypie dzisiejszego zięcia - bawiło ją to sformułowanie: dzisiejszy zięć - będzie pewnie podawał resztki z wczorajszego wesela. - Zmrużyła nagle oczy. - Rosie, kochana, tasuj te swoje karty, pięknie proszę: wywróż mi, jak wiele zarobi na tym Necronomicon.
Zawsze źle wyglądała w czerni - jak duch, jak śmierć, przywołała mimowolnie słowa starej mugolki ze Zmarzłoci - czerń była kolorem żałoby, nie wesela, i uważała za złą wróżbę przywdziewanie tej barwy w tak symboliczny dzień. Nie zamierzała dzielić się podobnymi zabobonami ze stojącymi obok kobietami, ale to, co pomyślała, to jej. Nie zamierzała też przywdziewać kurewskiej czerwieni, która kojarzyła jej się tylko i wyłącznie z oknami tanich lupanarów: gdyby chciała prezentować się jak dziwka, nie przyszłaby tutaj z przyzwoitką w osobie Ambrosii, tylko z bluszczową posesywnością oplatałaby silne ramię Degenhardta.
Sukienka Lorraine była efektowna, choć raczej prosta w kroju: otulała figurę kobiety niczym druga skóra - połyskliwe, ciemnoszmaragdowe łuski zdobione złotą nitką, mieniły się w świetle świec, przyjmując barwy od zielonej do niebieskiej, upodobniając kobietę do egzotycznego węża - miała w sobie jednak eteryczną zwiewność, która tuszowała chorobliwą chudość Malfoyówny. Atreus dobrze znał jej gust.
- Chcę wróżbę, ale nie chcę ciastka - rzuciła do Rosie tonem rozkapryszonego dziecka, nachylając się nad talerzem. Wyłuskała karteczkę z przepowiednią, zostawiając wybebeszoną babeczkę na talerzu kobiety. - ...Och, Eden, najmilsza, znowu migrena? - Popatrzyła z niepokojem na zmienioną nagle twarz kuzynki, podnosłszy wreszcie głowę.
!ciastkazwróżbą