— Mam pewien problem. Lub dylemat. Zależy jak na to spojrzeć. — Schował dłonie do kieszeni, jednak wyjął je po chwili, aby mimowolnie zacząć pocierać jedną o drugą. Otworzył usta, jak gdyby chciał od razu zacząć monolog, jednak w ostatniej chwili się powstrzymał. Nie spotkali się tutaj, aby omawiać jego wewnętrzne rozterki. Przynajmniej nie od razu. Uśmiechnął się uspokajająco. — To nie jest takie pilne, mogę z tym poczekać. Nikt nie umiera i nie jest poddawany torturom.
Przynajmniej jeszcze nie, skomentował cichy głosik w jego głowie. Zdusił w zalążku wątpliwości, które zdawały się na nowo rozkwitać pośród jego myśli, aby zamiast tego skupić się na swoim towarzyszu. Od razu zwrócił uwagę na jego buty, co sprawiło, że automatycznie spojrzał na własne. Miał nadzieję, że to spotkanie nie zakładało wspólnej przejażdżki, bo jeśli tak było, to przybył nieprzygotowany. Poza tym wątpił, aby było tak łatwo znaleźć wierzchowca, który by do niego pasował pod względem rozmiarów.
— Nic się nie stało — powiedział beztrosko. — Twój widok też zapiera dech w piersiach. Aż dziwne, że ludzie nie tracą przytomności, gdy przechodzisz obok.
Ścisnął lekko ramię przyjaciela, pocierając krótko kciukiem o materiał jego wierzchniego odzienia. Na rzuconą mu sugestię, zaśmiał się krótko, jednak w żaden sposób nie zaprzeczył. Jeśli faktycznie miałby się jeszcze bardziej cieszyć z obecności u boku Elliotta, to faktycznie powinni nad tym popracować. Miał nawet parę pomysłów, które powoli zaczął nawet wcielać w życie i... I wtedy przeszli do tematu krowy.
— Podejrzewam, że mogła to być krowa alfa, która zareagowała na intruza na swoim terytorium. Mam szczęście, że uszedłem z życiem.
Zmarszczył lekko brwi. Czemu nagle zaczął sypać żartami jak z rękawa? Wbił czubek buta w wilgotną ziemię, kopiąc drobny dołek. Cóż, popisanie się humorem było całkiem dobrym sposobem na pokazanie, że problem, który mu towarzyszył od paru dni, wcale nie jest na tyle poważny, aby wpływać negatywnie na jego nastrój. Może o to chodziło? Podświadomie chciał zapewnić tych wokół siebie, że wszystko jest w porządku?
— Jestem moralnie zobligowany do udzielenia pomocy, gdziekolwiek jestem, bez względu na odległość danego miejsca od Londynu — powiedział bez namysłu, zagubiony jeszcze we własnych myślach. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że był to żart, który złapał o te kilka sekund za późno. Uciekł wzrokiem w bok, jednak równie szybko wrócił on na swoje miejsce. — Jak widzisz, wioska jeszcze stoi, więc krowa raczej nie stanowi dużego zagrożenia. A to oznacza, że jestem cały Twój i mogę w pełni poświęcić się dotrzymywaniu Ci towarzystwa. Jeśli obawiasz się ataku ze strony krowy, to mogę zapewnić, że zrobię co w mojej mocy, aby zapewnić Ci bezpieczeństwo.
Zaciśnięte w cienką linię usta powędrowały ku górze, aby wygiąć się w lekkim półuśmiechu, podkreślając nieco rozmarzone spojrzenie zielonych oczu, taksujących bezwiednie Elliotta. Wątpił, aby mógł odwrócić wzrok, nawet gdyby chciał. A nie chciał. Naprawdę wyglądał dobrze. I nie w wymuszony, wystudiowany sposób, jakby spędzał długie godziny u krawca, aby dowiedzieć się, w czym najlepiej by wyglądał danego dnia. Było w tym coś naturalnego, jakby podświadomie wiedział, co na siebie włożyć, aby podkreślić swoje atuty i ukryć nieliczne mankamenty, które co bardziej nieprzychylni mogliby mu wytknąć. Erik wypuścił powoli powietrze z ust, zdając sobie sprawę, że wstrzymał oddech.
— Co właściwie próbujesz osiągnąć? — spytał z nutką zainteresowania, gdy mężczyzna wprowadził go w kontekst względem ich spotkania. — Kolejna rutynowa misja skupiona wokół ratowania zwierząt, czy planujesz przejąć opiekę nad tym konkretnym okazem i na nim jeździć?
W ostatecznym rozrachunku różnica względem sposobów pomocy nie była jakaś duża, jednak jeśli Elliott nie planował wejść w posiadania konia, to mogli się odezwać do zaufanych instytucji czy fundacji, które były rozeznane w sprawie. Pieniądze wypływające z ich skrytek w Banku Gringotta potrafiły zrobić wiele, ale nie sprawiały, że którykolwiek z nich stawał się nagle alfą i omegą i miał dostęp do nieograniczonej wiedzy z każdej dziedziny. Czasami musieli polegać na innych, aby usprawnić cały proces lub zaznajomić się ze specyfiką pracy w określonych przypadkach.
— Znam pewną łowczynię potworów od Yaxleyów. Geraldine trudni się raczej chwytaniem i ujarzmianiem dzikich stworzeń, ale mogę cię z nią skontaktować. — Dawna przyjaciółka z drużyny quidditcha zdawała się naturalnym wyborem. Z jego najbliższego kręgu znajomych zdawała się najbardziej obyta w kwestii zwierząt, chociaż jej specjalizacja mogła niekoniecznie pokrywać się z tym, czego potrzebował Malfoy. — Jeśli nie będzie mogła pomóc, to może przynajmniej udzieli cennych wskazówek. W międzyczasie popytam, może Brenna kogoś kojarzy.
Otaksował blondyna badawczym spojrzeniem. Nie uszło jego uwadze, że w ostatniej chwili się poprawił. Czyżby nie był pewny, czy może liczyć na pomoc na jego pomoc w tej kwestii? Erik uśmiechnął się półgębkiem. Skoro zwrócił się do niego z konkretnym pytaniem lub wręcz oczekiwaniami, to naiwnie było sądzić, że nie dostanie odzewu. Wykopie jakiegoś eksperta, choćby i spod ziemi, jeśli będzie taka potrzeba. Oczywiście chodziło mu o metaforycznie wydobycie kogoś spod ziemi, a nie to, że pod osłoną nocy ruszy na cmentarz z jakimś nekromantą ze Śmiertelnego Nokturna i wskrzesi specjalistę w dziedzinie wychowywania koni. Wśród żywych też na pewno by się taki znalazł.
— Skoro zwierzę jest w potrzebie, to będziemy musieli zadbać o to, żeby dostał, jak najlepszą opiekę — dodał, celowo biorąc na swe barki część odpowiedzialności. Rozejrzał się na lewo, a potem na prawo. — Powinniśmy wejść do stajni, czy...?
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞