Świętowanie Ostary w latach młodości kojarzyło się Longbottomowi przede wszystkim na przygotowaniach, które miały miejsce w rodzinnym domu, gdy rodzina się ze sobą spotykała oraz wspólnych wyjściach na zebrania sabatu. Parę wspomnień ze straganów takich jak te, które akurat mijali, również wybrzmiewało pośród jego wspomnień, jednak w gruncie rzeczy zlewały się w jedno, co zapewne było spowodowane tym, że odwiedzał takowe praktycznie co roku. W pewnym momencie zapominało się, czy konkretna pamiątka, czy rozmowa miała miejsce w określonym roku, czy rok wcześniej lub później.
Zamrugał nieco strapiony. Co tu dużo mówić, nie spodziewał się, iż to ta konkretna mieszanka pozwalała kobiecie na tak wprawne operowanie swoimi szansami w grach losowych. Wątpił, aby był w stanie jej dorównać. Nie mówiąc już o tym, że trudno by było odtworzyć tak konkretne etapy szkolenia, jak trauma międzypokoleniowa. Nie zazdrościł Idzie, że musiała się z tym zmierzyć.
— Ah, rozumiem. A więc to dosyć długi i wymagający proces — zaczął powoli, udając, że jej słowa wcale nie wytrąciły go z rytmu. — Cóż, w takim razie goblin ma szczęście i będzie mógł obserwować moje porażki przez następne kilka lat. W międzyczasie będę się starał doskonalić w innych względach. Moje wizje pewnie i tak byłyby zamglone i pełne dziur, więc lepiej pozostawić tę dyscyplinę komuś, kto faktycznie się na niej zna.
Obdarzył ją uprzejmym uśmiechem, dosyć bezpośrednio dając do zrozumienia, kogo miał na myśli. Czy obrócił tym samym sytuację na swoją korzyść? Możliwe. Przynajmniej nie dopuścił do tego, aby zapadła między nimi niezręczna cisza. Takową było dosyć ciężko przerwać w rozmowie sam na sam w cichym i spokojnym miejscu, nie mówiąc już o głośnym festynie, który z każdej strony bombardował człowieka coraz to nowymi bodźcami.
— Pewnie nie z rodzaju tych dobrych i nastrajających pozytywnie do otaczającego Cię świata? — spytał z odpowiednio wymierzoną dozą ostrożności, chociaż tu i ówdzie wybrzmiały w jego głosie także nuty nadziei, jak gdyby nie chciał od razu zakładać najgorszego scenariusza. — Wydawałaś się nieco... poruszona. Jeśli można to tak nazwać.
Chyba, że po prostu tak reaguje na wizje, upomniał się w myślach, tłumiąc ciche westchnienie. Czy dar Zeneidy mógł działać w praktyce tak samo, jak zdolności jego siostry? Było to prawdopodobne, w końcu różne dziedziny magii miały ze sobą sporo punktów wspólnych. Jego siostra nie zawsze otrzymywała od widmowidzenia to, czego oczekiwała i w takiej formie, jak by sobie tego zażyczyła. Często było to loteria, przynajmniej tak to sobie wyobrażał Erik. Mogła poszukiwać wśród widm przeszłości odcisków pozytywnych wrażeń, a zamiast tego stanąć przed obliczem koszmaru. Jak było w przypadku towarzyszącej mu teraz kobiety?
— Chyba że faktycznie trafiłaś na coś miłego, w takim wypadku wybacz moje domniemania — Skłonił przed nią głowę, woląc się przygotować na inną ewentualność.
Czy powinien w ogóle pytać? Zaraz się okaże, że właśnie zobaczyła, że za chwilę wpadną pod rozpędzone stado hipogryfów i nie raczyła go poinformować o nadchodzącym niebezpieczeństwie. Zmełł w ustach przekleństwo. Panna Moody mogła nie być w ogóle chętna do tego, aby dzielić się tym, co zobaczyła, a sam rozpalał w sobie płomień ciekawości, przez co coraz bardziej pragnął, aby faktycznie udzieliła mu odpowiedzi na tę zagwozdkę.
— Nie umrzemy tutaj przez zadławienie się cukierkiem lub inną przekąską? Przeżyjemy tę Ostare, prawda? — spytał nagle.
Niestety niedane im było zgłębić tego tematu dokładniej, gdyż akurat, gdy kobieta zbierała się na odpowiedź, ktoś w tłumie zawołał Erika po imieniu. Był to szorstki, acz serdeczny głos, w którym rozbrzmiewały nuty całkiem sporego zaskoczenia. Spojrzenie młodego Longbottoma gwałtownie oderwało się od nieco skonfundowanej tę całą sytuację Idy, błądząc po mijających ich ludziach, szukając osoby, która nie tylko go rozpoznawała, ale także postanowiła zwrócić na siebie jego uwagę. W końcu przy jednym z kramów dostrzegł kogoś, kto przykuł jego spojrzenie, jednak w pierwszej chwili nie rozpoznał, kto to tak właściwie jest. Dopiero gdy ich spojrzenia się zetknęły, Erik zdał sobie sprawę, że był to jego dawny znajomy z Gryffindoru. Na Merlina, ileż oni się nie widzieli! Wyglądał teraz dużo starzej, nieco urósł od tamtych czasów, na twarzy zadomowiły się bruzdy policzkowe i wąsy, ale poza tym wyglądał tak samo, jak wtedy, gdy kończył naukę w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie.
— Ekhm... Z góry przepraszam, ale chyba powinienem się przywitać — wyjaśnił nieco niemrawo, czując się mało komfortowo z tym, żeby tak po prostu zostawić kobietę samej sobie. Takie nagłe spotkania rzadko kiedy zdarzały się w jego życiu, więc chciał wykorzystać okazję. Poza tym dobrze by mu to zrobiło, gdyby porozmawiał sobie z kimś, kto nie był połączony z tym cyrkiem, jakim były wydarzenia na ostatnim balu charytatywnym. — Jeśli byś miała później czas i będziesz w okolicy, to bardzo chętnie kontynuowałbym tę rozmowę. Kto wie, może nawet do tego czasu żadnemu z nas nic się nie stanie. — Uśmiechnął się słabo, klepiąc lekko pannę Moody po ramieniu. — W razie czego będziemy w kontakcie, tak? I koniecznie spróbuj tych karmelizowanych jabłek bliżej wioski. Podobno robią wielką furorę!
Pożegnał się po raz kolejny z Zeneidą, po czym odmaszerował w kierunku dawnego znajomego. Musiał przyznać, że nie spodziewał się spotkać go akurat na Ostarze i to w tak późnej fazie festiwalu. Niektórzy zaczynali już wracać do domów, więc impreza z każdą kolejną godziną będzie się stawała coraz bardziej kameralna, a sądząc po wspomnieniach z czasów szkolnych, dawny Gryfon należał do osób, które wręcz preferują bawić się w większym gronie. Oby tylko się nie okazało, że słyszał jakieś plotki, pomyślał, błagając wszystkich znanych bogów o to, aby nieoczekiwane spotkanie nie okazało się małym przesłuchaniem na temat tego, co zaszło w ostatnich dniach w posiadłości Longbottomów. Wieści szybko się rozchodziły, ale teraz Erikowi zależało przede wszystkim na tym, aby odciąć się od tych wspomnień i móc ruszyć do przodu.
Na szczęście, niepotrzebnie się martwił, gdyż dawny znajomy po prostu chciał się przywitać i przedstawić mu swoją obecną narzeczoną. Erik porozmawiał z nimi parę minut, po czym razem udali się do innego stoiska, gdzie były rozłożone stolika i kilka krzesełek, aby tam napić się czegoś ciepłego i przekąsić jakieś smaczne smakołyki. Gdy spotkanie dobiegło końca, Longbottom ponownie zaczął krążyć wśród tłumu, licząc, że jeszcze uda mu się spotkać Idę, jednak dalej miał z tyłu głowy, że powinien jeszcze odwiedzić miejsce rozdania nagród z poszukiwań czekoladowych jaj. Nie, żeby oczekiwał zdobyć tam miejsce na podium.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞