28.05.2024, 16:04 ✶
Tym razem serce nie waliło mi jak szalone, a na dobrą sprawę nic mnie nawet nie bolało. Jeszcze mnie nie bolało. Nie byłem pewien, czy naturalna śmierć wampira bolało, to samospalenie, czy może jednak nie poczuję już nic? Nie żyłem - taka była prawda. Już byłem martwy od ponad pół roku, mimo wszystko jednak stresowałem się, bałem przeogromnie. Tkwiłem tu taki martwy, rozbity i martwy. Tak, rozbity i martwy. Niczym głaz, zaczarowany głaz, posąg. Teraz już nie miałem pewności, czy naprawdę miałem uczucia, czy tylko udawałem, że je miałem? Może były wytworem mojej wyobraźni, a tak naprawdę wszystko było mi jedno? Może mogłoby być mi wszystko jedno, gdybym jednak nie przeżywał tej chwili tak bardzo...? Sam sobie podkładałem trosk, które tak naprawdę już mnie nie dotyczyły. Byłem przecież już martwy, byłem już martwy raz. Raz i wciąż, raz i wciąż, wciąż martwy, tak.
I to dziwne, a może nawet i nie, ale zalała mnie fala ulgi, ale też jeszcze większego przerażenia, kiedy moim oczom ukazała się Geraldine. Pragnąłem by mi pomogła, ale... Bałem się, że nie zdążymy, że to znowu się wydarzy. Będę umierał w jej ramionach. Nie chciałem umierać w jej ramionach.
- Geraldine, stój! Ten koń stoi. Niczym go nie ruszysz. Został zauroczony - odezwałem się pospiesznie, kiedy tylko ujrzałem wyczarowaną linę. Byłem nieco, może nawet nieco bardzo, rozproszony tym wszystkim, uciekającym czasem. Miałem wrażenie, że wielki, wyimaginowany zegar tyka nad moją głową, że tyka przeraźliwie głośno i że tylko sekundy dzieliły mnie od tego jego ostatniego wybrzmienia. I nie, to nie zegar się zatrzyma, tylko ja i moja świadomość.
- Thoran... on mnie zaklęciem splątał z siodłem. Nie mogę nic zrobić żeby zsiąść. Nie mogę się ruszyć, a słońce... Słońce... - zacząłem, ale nie byłem w stanie skończyć. Mój przerażony wzrok znowu padł na słońce, a właściwie wciąż nadchodzący wschód słońca. Ile jeszcze...? Czy zdążymy? - Trzeba to rozproszyć... Nie wiem... Chyba rozproszyć. Nie mam innych pomysłów. Próbowałem wszystkiego - przyznałem zrozpaczony, ale bez łez. Wciąż bez łez. Posąg, byłem niczym posąg. Ale taki posąg, co zaraz mógł spłonąć. Zamienić się w marną gromadkę popiołu. Rozwieje mnie letni wiaterek. Złączę się z naturą w tym miejscu. Będą srały na mnie ptaki i inne zwierzęta.
I to dziwne, a może nawet i nie, ale zalała mnie fala ulgi, ale też jeszcze większego przerażenia, kiedy moim oczom ukazała się Geraldine. Pragnąłem by mi pomogła, ale... Bałem się, że nie zdążymy, że to znowu się wydarzy. Będę umierał w jej ramionach. Nie chciałem umierać w jej ramionach.
- Geraldine, stój! Ten koń stoi. Niczym go nie ruszysz. Został zauroczony - odezwałem się pospiesznie, kiedy tylko ujrzałem wyczarowaną linę. Byłem nieco, może nawet nieco bardzo, rozproszony tym wszystkim, uciekającym czasem. Miałem wrażenie, że wielki, wyimaginowany zegar tyka nad moją głową, że tyka przeraźliwie głośno i że tylko sekundy dzieliły mnie od tego jego ostatniego wybrzmienia. I nie, to nie zegar się zatrzyma, tylko ja i moja świadomość.
- Thoran... on mnie zaklęciem splątał z siodłem. Nie mogę nic zrobić żeby zsiąść. Nie mogę się ruszyć, a słońce... Słońce... - zacząłem, ale nie byłem w stanie skończyć. Mój przerażony wzrok znowu padł na słońce, a właściwie wciąż nadchodzący wschód słońca. Ile jeszcze...? Czy zdążymy? - Trzeba to rozproszyć... Nie wiem... Chyba rozproszyć. Nie mam innych pomysłów. Próbowałem wszystkiego - przyznałem zrozpaczony, ale bez łez. Wciąż bez łez. Posąg, byłem niczym posąg. Ale taki posąg, co zaraz mógł spłonąć. Zamienić się w marną gromadkę popiołu. Rozwieje mnie letni wiaterek. Złączę się z naturą w tym miejscu. Będą srały na mnie ptaki i inne zwierzęta.