— Ciekawe skąd mu się to wzięło — rzucił w przestrzeń, bardziej po to, aby podtrzymać rozmowę, niż otrzymać faktyczną odpowiedź. O magizoologii wiedzieli niewiele, a zwierzęta Figgów były wyjątkowe. Kompletnym laikom ciężko by było określić, skąd biorą się u nich określone cechy charakteru lub ich intensywność.
Frustracja zdecydowanie mogła być jedną z emocji, z którymi dziewczyna zaznajomiła się dosyć dobrze, jeśli często korzystała ze swoich zdolności w miejscu pracy. Bywały takie śledztwa, gdzie liczył się czas i szybkie tempo reakcji, a wtedy dar działający na przekór osobie, która go posiadała, mógł szybko stać się utrapieniem. Zniecierpliwienie przełożonych, komentarze nieprzychylnych współpracowników... Długo by wymieniać. Wielu by się zapewne załamało pod taką presją, jednak Bren musiała już na tym etapie wiedzieć, że tradycyjne techniki detektywistyczne mogły być równie mocno pomocne, co magia.
Każda kolejna minuta dłużyła się w nieskończoność, jednak Erik nie dawał się poddać irytacji czy zniecierpliwieniu. Był przyzwyczajony do tego, że niektórych rzeczy nie dało się przyspieszyć, a widmowidzenie najwidoczniej należało do tego grona. Gdyby nie to, że cały czas bacznie obserwował Brennę, pewnie nawet by nie zauważył, że ta wyrwała się z transu i natychmiast zgasiła świeczki. To go zdziwiło. Zobaczyła wszystko, czego potrzebowała, czy po prostu poczuła, że więcej nie wydusi już z własnego daru?
— Czemu pytasz? — rzucił, marszcząc ze zdziwieniem brwi, jakby nie połączył jeszcze ze sobą dwóch dosyć wyraźnie nakreślonych kropek, które miał przed sobą. — On to zrobił?
A to dopiero zwrot akcji. Wydawało mu się, że sprawcą tego niecodziennego incydentu był jakiś podpity, starszy czarodziej, który nie potrafił już odróżnić jednego końca różdżki od drugiego. Osobiście nie rzuciłby od razu oskarżeń w kierunku Lestrange'a, gdyż ten po prostu nie wyglądał na kogoś, kto posunąłby się do takiego niesmacznego żartu. Co mógłby na tym zyskać? Pieniądze miał, sławę w pewnym sensie też, a na znęcanie się nad innymi raczej mógł znaleźć lepszą okazję.
— To musiał być przypadek. Ktoś musiał go popchnąć lub na niego wpaść. Różdżka mu się omsknęła lub próbował pokazać coś Eden albo innym gościom. To nie ma sensu... Widziałaś coś jeszcze? — spytał, starając się przywołać z odmętów pamięci wspomnienie odnośnie do tamtego wieczora.
Bal charytatywny był dosyć chaotyczny, toteż nie był w stanie przypomnieć sobie każdej twarzy, która kręciła się wokół, gdy doprowadzali Norę do porządku. Czy William mógł tam być? Wydawało mu się, że Eden była w tym towarzystwie, więc może jej mąż kręcił się gdzieś obok? Zmarszczył brwi, spoglądając wymownie na siostrę. To ona widziała przed chwilą dosyć szczegółowy, magiczny zapis tamtych zdarzeń. Powinna powiedzieć, coś więcej.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞