28.05.2024, 16:42 ✶
Nie wiedział, kto to jest Pani Bovary? Poczuł się jak jeszcze gorszy chuj, bo pomyślał, że Cain albo Laurent, no przynajmniej jeden z nich... wiedziałby, kim jest Pani Bovary, albo się teraz o to z ciekawości zapytał, a on w swoim uniesieniu faktycznie by o tym opowiedział.
- To szmata zdradziecka taka. - Zgubił się trochę w tym, czy mówił o sobie, czy o tej biednej samobójczyni. - Z powieści - dodał. Oczywiście, że z powieści. Jak się tylko zorientował w tym co się z nim dzieje, to od razu szukał książek o tym czego doświadczał - kto by tak nie zrobił? No nakrzyczcie na niego, że się tym dobijał jeszcze mocniej, ale nie chciał czuć się samotny, a gdyby jednak odnalazł książkę, w której znalazłby kogoś podobnego do siebie... ukoiłoby to jego serce. Zamiast tego robiło mu się gorzej. - Lepiej, że jej nie znasz, nie nakładaj jej na mnie. Ja... ja jestem lepszy! - Jechał po sobie straszliwie, ale ten jeden, jedyny kurwa raz powiedział całkowicie szczerze i bez nakrywania się maską Crowa, że... był lepszy! Był lepszy niż pani Bovary, był zupełnie inny! Nie siedział tu wcale, bo potrzebował łóżka do spania, oglądając się za innymi. Siedział tutaj, bo chciał siedzieć obok niego. Nie, nie znał nikogo innego, komu by się serce wyrywało w dwie strony jednocześnie, ale też mało znał osób, którym się serce wyrywało w jakąkolwiek. Małe to pocieszenie, ale przynajmniej jakieś - że nie był z nim z wygody. On naprawdę kochał.
- Al proszę... - Tak już naciągał ten materiał, że guzik mu z tej koszuli odpadł. - Nie porównuj się, ja wcale nie chciałem cię nigdy na nikogo wymienić. - Niedobrze mu od tego było? Niech spróbuje żyć w tym ciele. - Ja naprawdę taki nie jestem. - Ale co mu po tych wszystkich słowach, co mu po tym czego chciał i nie chciał, jaki był i jaki nie był. Od początku skazał się przecież na porażkę i taka rozmowa czekała go też Bletchleyem. Jak sobie o tym przypomniał, poczuł się jeszcze gorzej - tak beznadziejnie, że wydawało mu się, jakby mu wcale już na tym wszystkim nie zależało. Jakby... to, co się miało stać, niech się stanie, tak czy siak przeżył więcej lat niż zamierzał przeżyć. - Nie wiem... nie wiem, jak ci to udowodnić. - Wynaleźli już jakiś test na miłość? - Al proszę... - Nie puścił go wciąż. Przywarł do niego, niby się mógł teraz łatwo z tego uwolnić, ale na pewno wiązałoby się to z chwilową szarpaniną. - Nie mów mi... że cię mam zostawić, jak nie jesteś tego pewny. - Teraz to się już czołgał po dnie. Powiedział mu przecież, że go nie zostawi nigdy, póki będzie tu chciany. A jak będzie niechciany? Rzeczywistość, w jakiej się znajdował nie pozostawiała mu wyboru - gdyby on go tu faktycznie nie chciał, czekało go zabranie tej kurtki i zniknięcie stąd. Na trzy dni przed przedstawieniem, które tak bardzo chciał mu pokazać. - Nie jesteś tego pewny, prawda?
- To szmata zdradziecka taka. - Zgubił się trochę w tym, czy mówił o sobie, czy o tej biednej samobójczyni. - Z powieści - dodał. Oczywiście, że z powieści. Jak się tylko zorientował w tym co się z nim dzieje, to od razu szukał książek o tym czego doświadczał - kto by tak nie zrobił? No nakrzyczcie na niego, że się tym dobijał jeszcze mocniej, ale nie chciał czuć się samotny, a gdyby jednak odnalazł książkę, w której znalazłby kogoś podobnego do siebie... ukoiłoby to jego serce. Zamiast tego robiło mu się gorzej. - Lepiej, że jej nie znasz, nie nakładaj jej na mnie. Ja... ja jestem lepszy! - Jechał po sobie straszliwie, ale ten jeden, jedyny kurwa raz powiedział całkowicie szczerze i bez nakrywania się maską Crowa, że... był lepszy! Był lepszy niż pani Bovary, był zupełnie inny! Nie siedział tu wcale, bo potrzebował łóżka do spania, oglądając się za innymi. Siedział tutaj, bo chciał siedzieć obok niego. Nie, nie znał nikogo innego, komu by się serce wyrywało w dwie strony jednocześnie, ale też mało znał osób, którym się serce wyrywało w jakąkolwiek. Małe to pocieszenie, ale przynajmniej jakieś - że nie był z nim z wygody. On naprawdę kochał.
- Al proszę... - Tak już naciągał ten materiał, że guzik mu z tej koszuli odpadł. - Nie porównuj się, ja wcale nie chciałem cię nigdy na nikogo wymienić. - Niedobrze mu od tego było? Niech spróbuje żyć w tym ciele. - Ja naprawdę taki nie jestem. - Ale co mu po tych wszystkich słowach, co mu po tym czego chciał i nie chciał, jaki był i jaki nie był. Od początku skazał się przecież na porażkę i taka rozmowa czekała go też Bletchleyem. Jak sobie o tym przypomniał, poczuł się jeszcze gorzej - tak beznadziejnie, że wydawało mu się, jakby mu wcale już na tym wszystkim nie zależało. Jakby... to, co się miało stać, niech się stanie, tak czy siak przeżył więcej lat niż zamierzał przeżyć. - Nie wiem... nie wiem, jak ci to udowodnić. - Wynaleźli już jakiś test na miłość? - Al proszę... - Nie puścił go wciąż. Przywarł do niego, niby się mógł teraz łatwo z tego uwolnić, ale na pewno wiązałoby się to z chwilową szarpaniną. - Nie mów mi... że cię mam zostawić, jak nie jesteś tego pewny. - Teraz to się już czołgał po dnie. Powiedział mu przecież, że go nie zostawi nigdy, póki będzie tu chciany. A jak będzie niechciany? Rzeczywistość, w jakiej się znajdował nie pozostawiała mu wyboru - gdyby on go tu faktycznie nie chciał, czekało go zabranie tej kurtki i zniknięcie stąd. Na trzy dni przed przedstawieniem, które tak bardzo chciał mu pokazać. - Nie jesteś tego pewny, prawda?
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.