28.05.2024, 18:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.05.2024, 18:42 przez Anastasia Dolohov-Burke.)
Stoimy razem z Dianą przed lustrem zlokalizowanym na uboczu sali bankietowej, i rozmawiamy szeptem. Podchodzi do nas kelner, pijemy drineczki.
- Mogłaś raz w życiu postarać się zrobić coś dobrze, i zabić tego swojego bezużytecznego współmałżonka, zamiast posyłać go w limbo lecznicy dusz - skonstatowała chłodno Anastazja, wyglądająca na całkowicie pochłoniętą oględzinami swych idealnie wypielęgnowanych paznokci - niezależnie od okazji pomalowanych lakierem w kolorze ciemnego wina - przez dostojną twarz kobiety przemknął jednak ledwie zauważalny cień obrzydzenia, który na chwilę wydobył z linii ust czarownicy jakieś głęboko tajone okrucieństwo, by zaraz odejść w niepamięć, tak, jak gdyby nic się nie wydarzyło. Większość arystokratów mogłoby poczytać to za wyraz znudzonego zblazowania, jednak stojąca tuż obok Diana, dobrze zaznajomiona z humorami macochy, powinna wiedzieć lepiej: łatwo mogła się domyślić, że Anastazja po prostu udaje, że kogoś nie widzi, ze zwykłym sobie, pełnym wyższości wystudiowaniem osoby nawykłej do trybu życia sławnych i bogatych.
Tylko spróbuj podejść, i podzielić się wrażeniami na temat wesela, ty pomarszczona zdziro, pomyślała nienawistnie, jednym ramieniem otoczywszy opiekuńczo plecy córki - którą pociągnęła lekko za ramię, tak, by razem z nią odwróciła się w stronę przeciwną do nadchodzącej damy - drugą ręką chwyciła natomiast za kieliszek z musującym szampanem, który zaoferował im kelner, ostatecznie odcinający drogę zbliżającej się podstarzałej matronie z rodu Parkinsonów. Lico przypominające zasuszoną mumię, gust także masz antyczny, więc przewiduję, że twoje przemyślenia muszą być równie świeże, co włosy Chestera Rookwooda. Swoją drogą, gdzie jest jego brat...? Był tu dziś...? Będzie...? Spojrzenie Anastazji pomknęło w stronę najbliższego ciemnego kąta - jakby właśnie pośród cieni spodziewała się dostrzec tak intrygującą ją postać Eryka Rookwooda - niemal natychmiast przypomniała sobie jednak, że powinna czuć do niego tylko i wyłącznie pogardę, więc tylko zahaczyła spojrzeniem o jakiś połyskujący bibelocik, i zepchnęła te nieprzystojne myśli na boczny tor.
- Nie możemy nawet wyprawić pogrzebu, Diano - syknęła ostro, upijając nieco z trzymanego w ręku kieliszka. Nie pierwszy raz wracały do tej rozmowy. - Nie dziw się, że spotyka cię towarzyski ostracyzm, skoro samodzielnie wykluczyłaś się z obchodów ważnych rodzinnych kamieni milowych... - Czarne ślepia Anastazji błysnęły groźnie. - Po prostu wypadłaś z obiegu.
Uśmiechnęła się krótko do swojego odbicia widocznego w jednym z zawieszonych w sali bankietowej luster. Z lubością ślizgała się spojrzeniem po doskonale ułożonych włosach ozdobionych kokardą, eleganckiej, doskonale przylegającej do jej wciąż jędrnego ciała sukni, czarnej jak żałobny kir - z niejaką czułością wspomniała aż swego świętej pamięci męża, pochowanego kilka dobrych lat temu, czując na żołądku kojący ciężar pożartych z pożądliwą łapczywością rodowych sygnetów Burke'ów, które ściągnęła naprędce z jego martwych, napuchłych już palców, dosłownie na chwilę przed zamknięciem wieka trumny - czarne ślepia Anastazji popieściły też zdobiącą jej doskonałą szyję (bo wcale niemal niepomarszczoną i niesflaczałą) bogatą kolię, wysadzaną diamentami, i wiszące kolczyki do kompletu. Najdłużej jednak zatrzymała wzrok na dłoniach.
Po dłoniach zawsze najdobitniej widać przecież nieubłagalny upływ czasu.
Dwie kobiety, tak różne, a jednak tak podobne. Mogliby nas wziąć za siostry, na pewno nie wyglądam starzej, pomyślała, porównując swoją ciemną skórę do niemal białej przez kontrast skóry Diany, z pewnym niesmakiem przypominając sobie, że dzieli je aż osiem lat, oczywiście, na jej niekorzyść. Wyglądały jak dwie gwiazdy zawieszone na firmanencie - jedna ciemna, druga jasna - i w interesie Anastazji było, by mrugały z wyżyn sklepienia niebieskiego jak najdłużej, bowiem nigdy nie wierzyła w to, że spadające gwiazdy przynoszą szczęście.
W jej mniemaniu były zwiastunami śmierci.
- Popatrz, taka Vespera: zabiła swojego męża - pardon, dwóch - i już znalazła sobie kolejnego... A wyglądałabyś przecież tak pięknie we wdowiej woalce, a potem w welonie, na pewno lepiej niż ona. - szeptała nad uchem córki, patrząc przy tym prosto w brązowe oczy Diany, odbijające się w tafli lustra.
!weselnedrinki
- Mogłaś raz w życiu postarać się zrobić coś dobrze, i zabić tego swojego bezużytecznego współmałżonka, zamiast posyłać go w limbo lecznicy dusz - skonstatowała chłodno Anastazja, wyglądająca na całkowicie pochłoniętą oględzinami swych idealnie wypielęgnowanych paznokci - niezależnie od okazji pomalowanych lakierem w kolorze ciemnego wina - przez dostojną twarz kobiety przemknął jednak ledwie zauważalny cień obrzydzenia, który na chwilę wydobył z linii ust czarownicy jakieś głęboko tajone okrucieństwo, by zaraz odejść w niepamięć, tak, jak gdyby nic się nie wydarzyło. Większość arystokratów mogłoby poczytać to za wyraz znudzonego zblazowania, jednak stojąca tuż obok Diana, dobrze zaznajomiona z humorami macochy, powinna wiedzieć lepiej: łatwo mogła się domyślić, że Anastazja po prostu udaje, że kogoś nie widzi, ze zwykłym sobie, pełnym wyższości wystudiowaniem osoby nawykłej do trybu życia sławnych i bogatych.
Tylko spróbuj podejść, i podzielić się wrażeniami na temat wesela, ty pomarszczona zdziro, pomyślała nienawistnie, jednym ramieniem otoczywszy opiekuńczo plecy córki - którą pociągnęła lekko za ramię, tak, by razem z nią odwróciła się w stronę przeciwną do nadchodzącej damy - drugą ręką chwyciła natomiast za kieliszek z musującym szampanem, który zaoferował im kelner, ostatecznie odcinający drogę zbliżającej się podstarzałej matronie z rodu Parkinsonów. Lico przypominające zasuszoną mumię, gust także masz antyczny, więc przewiduję, że twoje przemyślenia muszą być równie świeże, co włosy Chestera Rookwooda. Swoją drogą, gdzie jest jego brat...? Był tu dziś...? Będzie...? Spojrzenie Anastazji pomknęło w stronę najbliższego ciemnego kąta - jakby właśnie pośród cieni spodziewała się dostrzec tak intrygującą ją postać Eryka Rookwooda - niemal natychmiast przypomniała sobie jednak, że powinna czuć do niego tylko i wyłącznie pogardę, więc tylko zahaczyła spojrzeniem o jakiś połyskujący bibelocik, i zepchnęła te nieprzystojne myśli na boczny tor.
- Nie możemy nawet wyprawić pogrzebu, Diano - syknęła ostro, upijając nieco z trzymanego w ręku kieliszka. Nie pierwszy raz wracały do tej rozmowy. - Nie dziw się, że spotyka cię towarzyski ostracyzm, skoro samodzielnie wykluczyłaś się z obchodów ważnych rodzinnych kamieni milowych... - Czarne ślepia Anastazji błysnęły groźnie. - Po prostu wypadłaś z obiegu.
Uśmiechnęła się krótko do swojego odbicia widocznego w jednym z zawieszonych w sali bankietowej luster. Z lubością ślizgała się spojrzeniem po doskonale ułożonych włosach ozdobionych kokardą, eleganckiej, doskonale przylegającej do jej wciąż jędrnego ciała sukni, czarnej jak żałobny kir - z niejaką czułością wspomniała aż swego świętej pamięci męża, pochowanego kilka dobrych lat temu, czując na żołądku kojący ciężar pożartych z pożądliwą łapczywością rodowych sygnetów Burke'ów, które ściągnęła naprędce z jego martwych, napuchłych już palców, dosłownie na chwilę przed zamknięciem wieka trumny - czarne ślepia Anastazji popieściły też zdobiącą jej doskonałą szyję (bo wcale niemal niepomarszczoną i niesflaczałą) bogatą kolię, wysadzaną diamentami, i wiszące kolczyki do kompletu. Najdłużej jednak zatrzymała wzrok na dłoniach.
Po dłoniach zawsze najdobitniej widać przecież nieubłagalny upływ czasu.
Dwie kobiety, tak różne, a jednak tak podobne. Mogliby nas wziąć za siostry, na pewno nie wyglądam starzej, pomyślała, porównując swoją ciemną skórę do niemal białej przez kontrast skóry Diany, z pewnym niesmakiem przypominając sobie, że dzieli je aż osiem lat, oczywiście, na jej niekorzyść. Wyglądały jak dwie gwiazdy zawieszone na firmanencie - jedna ciemna, druga jasna - i w interesie Anastazji było, by mrugały z wyżyn sklepienia niebieskiego jak najdłużej, bowiem nigdy nie wierzyła w to, że spadające gwiazdy przynoszą szczęście.
W jej mniemaniu były zwiastunami śmierci.
- Popatrz, taka Vespera: zabiła swojego męża - pardon, dwóch - i już znalazła sobie kolejnego... A wyglądałabyś przecież tak pięknie we wdowiej woalce, a potem w welonie, na pewno lepiej niż ona. - szeptała nad uchem córki, patrząc przy tym prosto w brązowe oczy Diany, odbijające się w tafli lustra.
!weselnedrinki
Please don't go
I'll eat you whole
I'll eat you whole