28.05.2024, 21:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.05.2024, 21:28 przez Florence Bulstrode.)
Było w tym spokoju trochę charakteru Florence, na który składały się wrodzone zrównoważenie i wychowanie w domu, w którym czuła, że to ona musi być tą odpowiedzialną. Ale też Bulstrode wiodła stosunkowo spokojne życie. To ludzie wokół niech przeżywali dziwne przygody, wielkie romanse i stawiali czoła grozie - brat trafiający gdzieś do domu pełnego duchów, przyjaciółka, która chciał pożreć doppelganger, brat to romansujący z wilami, to wchodzący do Limbo, kuzyn, z sercem złamanym przez francuską miłość, pod którego domem pojawili się śmierciożercy.
Nawet gdy pomagała tajemniczym przyjaciołom Patricka, robiła to gdzieś z tyłu i nie zadając pytań.
Było jej łatwiej zachować równowagę, bo na jej dni składały się praca w szpitalu, karty książek przerzucane w bibliotece Parkinsonów i rozmowy z rodziną oraz z przyjaciółmi o tych wszystkich dziwnościach z jakby innego świata, na którego samych obrzeżach oscylowała, ale rzadko do niego wkraczała. Nie zawsze było łatwo: w szpitalu zdarzały się sytuacje trudne, bliscy narażeni byli na niebezpieczeństwo, wciąż jednak w tej wielkiej historii, która rozgrywała się w Londynie i jego okolicach... pozostawała nieco z boku.
- Dla ciebie już zrobiłam - odparła Florence i podsunęła mu świeżo zalaną herbatę, a potem tę, którą pierwotnie robiła sobie, postawiła przed Laurentem, i zabrała się do szykowania trzeciej oraz jakichś kanapek. Zerkała przy tym raz po raz to na brata - jego stan mógł wynikać równie dobrze z doskonałej zabawy na jakiejś spontanicznej imprezie, jak tajnej, niezwykle niebezpiecznej misji aurorskiej - to na kuzyna.
W przypadku tego drugiego była niemal pewna, że coś się stało.
Czy mogło chodzić o ludzi z jego przeszłości? To pytanie krążyło jej po głowie, ale nie odważyła się zadać go przy Atreusie. Nie, kiedy obiecała Laurentowi milczenie, a nie była świadoma, jak wiele Prewett powiedział młodszemu z Bulstrodów.
Czy była z nich dumna?
Z pewnych rzeczy, które obaj osiągnęli, bez wątpienia bardzo. Z innych nie. Powiedziała to kiedyś Laurentowi, pewnego dnia nad morskim brzegiem, na tarasie jego domu: nie zawsze będzie zadowolona z ich decyzji, ale zawsze będą jej chłopcami. Nie była dumna z tego, co kiedyś zrobił, z tego, że Atreus podniósł na niego rękę, żadna z tych rzeczy nie wystarczyła jednak, aby się od nich odwróciła.
– Wszystkie dni są dobre tylko w bajkach, po „długo i szczęśliwie” – powiedziała łagodnie, przerywając przygotowania, by odwrócić się i spojrzeć na młodego Prewetta. Zdradziecka czerwień, występująca na policzkach, rwący się ton, postawa, wszystko to krzyczało, że coś jest nie tak, nawet bez wypowiadanych słów. Te z kolei zdawały się pokazywać, że… jakby pękła w nim jakaś tama, a każde kolejne zdanie zmrażało coś wewnętrz Florence.
Przesunęła się ku Laurentowi, oparła dłoń na jego ramieniu.
- Możesz nam o tym opowiedzieć, mój drogi.
I spróbowała po raz kolejny uciec się do tego, co dla wielu mogło być oszustwem – a dla niej było częścią natury. Od czego powstrzymywała się, odkąd dorośli, bo mieli prawo do swoich tajemnic, ale nie umiała teraz, gdy zdawało się, że chce im o czymś powiedzieć, a jednocześnie się boi.
Nie wiedziała, co spotkało "jej chłopców" i nie mogła spojrzeć w przeszłość. Więc patrzyła w ich przyszłość.
Nawet gdy pomagała tajemniczym przyjaciołom Patricka, robiła to gdzieś z tyłu i nie zadając pytań.
Było jej łatwiej zachować równowagę, bo na jej dni składały się praca w szpitalu, karty książek przerzucane w bibliotece Parkinsonów i rozmowy z rodziną oraz z przyjaciółmi o tych wszystkich dziwnościach z jakby innego świata, na którego samych obrzeżach oscylowała, ale rzadko do niego wkraczała. Nie zawsze było łatwo: w szpitalu zdarzały się sytuacje trudne, bliscy narażeni byli na niebezpieczeństwo, wciąż jednak w tej wielkiej historii, która rozgrywała się w Londynie i jego okolicach... pozostawała nieco z boku.
- Dla ciebie już zrobiłam - odparła Florence i podsunęła mu świeżo zalaną herbatę, a potem tę, którą pierwotnie robiła sobie, postawiła przed Laurentem, i zabrała się do szykowania trzeciej oraz jakichś kanapek. Zerkała przy tym raz po raz to na brata - jego stan mógł wynikać równie dobrze z doskonałej zabawy na jakiejś spontanicznej imprezie, jak tajnej, niezwykle niebezpiecznej misji aurorskiej - to na kuzyna.
W przypadku tego drugiego była niemal pewna, że coś się stało.
Czy mogło chodzić o ludzi z jego przeszłości? To pytanie krążyło jej po głowie, ale nie odważyła się zadać go przy Atreusie. Nie, kiedy obiecała Laurentowi milczenie, a nie była świadoma, jak wiele Prewett powiedział młodszemu z Bulstrodów.
Czy była z nich dumna?
Z pewnych rzeczy, które obaj osiągnęli, bez wątpienia bardzo. Z innych nie. Powiedziała to kiedyś Laurentowi, pewnego dnia nad morskim brzegiem, na tarasie jego domu: nie zawsze będzie zadowolona z ich decyzji, ale zawsze będą jej chłopcami. Nie była dumna z tego, co kiedyś zrobił, z tego, że Atreus podniósł na niego rękę, żadna z tych rzeczy nie wystarczyła jednak, aby się od nich odwróciła.
– Wszystkie dni są dobre tylko w bajkach, po „długo i szczęśliwie” – powiedziała łagodnie, przerywając przygotowania, by odwrócić się i spojrzeć na młodego Prewetta. Zdradziecka czerwień, występująca na policzkach, rwący się ton, postawa, wszystko to krzyczało, że coś jest nie tak, nawet bez wypowiadanych słów. Te z kolei zdawały się pokazywać, że… jakby pękła w nim jakaś tama, a każde kolejne zdanie zmrażało coś wewnętrz Florence.
Przesunęła się ku Laurentowi, oparła dłoń na jego ramieniu.
- Możesz nam o tym opowiedzieć, mój drogi.
I spróbowała po raz kolejny uciec się do tego, co dla wielu mogło być oszustwem – a dla niej było częścią natury. Od czego powstrzymywała się, odkąd dorośli, bo mieli prawo do swoich tajemnic, ale nie umiała teraz, gdy zdawało się, że chce im o czymś powiedzieć, a jednocześnie się boi.
Nie wiedziała, co spotkało "jej chłopców" i nie mogła spojrzeć w przeszłość. Więc patrzyła w ich przyszłość.
Rzut Z 1d100 - 46
Sukces!
Sukces!
Rzut Z 1d100 - 89
Sukces!
Sukces!