28.05.2024, 22:20 ✶
Wysłuchał go w ciszy, wpatrując się w niego tymi brązowymi oczyma i wyglądając, jakby miał się zaraz uśmiechnąć. Nie uśmiechnął się, kąciki ust mu nawet nie drgnęły - twarz miał tylko jakby napiętą w zapowiedzi czegoś, co ostatecznie nigdy nie nadeszło. Otulony tym szlafrokiem nie założył go na siebie poprawnie - pozwolił mu zwisać na swoich ramionach, kiedy łapał Laurenta za dłoń. Wtedy też dało się wyczuć, że chociaż najwyraźniej nic sobie z tego nie robił, jego ciało się trzęsło. Z zimna? Ze stresu? Pewnie miał więcej niż jeden powód.
- Pójdę tam z tobą - zapowiedział cichym, bardzo cichym głosem - i pokażę ci to, o czym mówiłem - ale chciał też znać końcówki zdań tych opowieści, te gdzie wciśnięto mu w usta trzykropki - i... i chętnie posłucham o tym więcej, ale - głos mu drżał, nie brzmiał szczególnie zrozumiale - Laurent, proszę - chociaż wstyd mu było prosić - ja nie chcę być jak wszyscy ci, którzy cię skrzywdzili - bo przecież nawet on nie cierpiący tych wszystkich poetyckich uniesień wplatanych w normalne rozmowy, potrafił wyciągnąć takie informacje spomiędzy wierszy - i nie chcę krzywdzić ich - tych, których zdążył wpuścić do swojego życia wcześniej i wcale nie zamierzał ich wypuszczać - ale wydaje mi się, że nie potrafię. Ja chyba jestem... chory. Prawda jest taka, że ja też lubię burze. I wolałbym siedzieć tam z tobą i patrzeć na deszcz, pijąc to cholerne kakao, ale nie potrafię powiedzieć sobie dość, nawet kiedy rujnuję sobie życie.
W jego wypowiedziach czuć było, że ciężko mu było oddychać. Mówił składnie, koszmarnie powoli i męcząco, jakby wszystko przeplatał zbyt dużą ilością myśli - ale mówił! A on rzadko mówił o takich rzeczach, nigdy chyba nie wyrył nikomu tak wyraźnej kreski, za którą mógł poczuć się bezpiecznie. Jeżeli Prewett próbował cokolwiek powiedzieć, zatkał mu usta dłonią. Jeżeli trzeba było, to przycisnął ją mocniej. Pewien był tego, że jak teraz tego nie powie, nigdy już tego nie dokończy. Będzie to odkładał w nieskończoność jak wszystko inne.
- Więc Laurent, proszę - jeszcze jedna przerwa, tym razem dłuższa, najdłuższa ze wszystkich, zwieńczona tak panicznym oddechem, że aż świsnął - j-jak o mnie myślisz, t-to pamiętaj, że ja najszczęśliwszy z tobą byłem w tym ogrodzie, albo słuchając t-tego co mówiłeś z takim blaskiem w oczach na tle tego sztu-ucznego nieba. - Wydobycie z siebie takiej informacji uważał za niepodważalny cud. Cud, po którym na powrót zrobiło mu się słabiej, ale nie osunął się na tę wannę - zamiast tego puścił go, zrobił krok w bok i wyszedł z łazienki, wachlując ręką zaczerwienioną twarz i pozostawiając za sobą na kafelkach kilka mokrych śladów.
Omiótł spojrzeniem salon. Jego kurtka wciąż leżała na tej sofie. Co miał zrobić? Usiąść? Uciec stąd?
- Pójdę tam z tobą - zapowiedział cichym, bardzo cichym głosem - i pokażę ci to, o czym mówiłem - ale chciał też znać końcówki zdań tych opowieści, te gdzie wciśnięto mu w usta trzykropki - i... i chętnie posłucham o tym więcej, ale - głos mu drżał, nie brzmiał szczególnie zrozumiale - Laurent, proszę - chociaż wstyd mu było prosić - ja nie chcę być jak wszyscy ci, którzy cię skrzywdzili - bo przecież nawet on nie cierpiący tych wszystkich poetyckich uniesień wplatanych w normalne rozmowy, potrafił wyciągnąć takie informacje spomiędzy wierszy - i nie chcę krzywdzić ich - tych, których zdążył wpuścić do swojego życia wcześniej i wcale nie zamierzał ich wypuszczać - ale wydaje mi się, że nie potrafię. Ja chyba jestem... chory. Prawda jest taka, że ja też lubię burze. I wolałbym siedzieć tam z tobą i patrzeć na deszcz, pijąc to cholerne kakao, ale nie potrafię powiedzieć sobie dość, nawet kiedy rujnuję sobie życie.
W jego wypowiedziach czuć było, że ciężko mu było oddychać. Mówił składnie, koszmarnie powoli i męcząco, jakby wszystko przeplatał zbyt dużą ilością myśli - ale mówił! A on rzadko mówił o takich rzeczach, nigdy chyba nie wyrył nikomu tak wyraźnej kreski, za którą mógł poczuć się bezpiecznie. Jeżeli Prewett próbował cokolwiek powiedzieć, zatkał mu usta dłonią. Jeżeli trzeba było, to przycisnął ją mocniej. Pewien był tego, że jak teraz tego nie powie, nigdy już tego nie dokończy. Będzie to odkładał w nieskończoność jak wszystko inne.
- Więc Laurent, proszę - jeszcze jedna przerwa, tym razem dłuższa, najdłuższa ze wszystkich, zwieńczona tak panicznym oddechem, że aż świsnął - j-jak o mnie myślisz, t-to pamiętaj, że ja najszczęśliwszy z tobą byłem w tym ogrodzie, albo słuchając t-tego co mówiłeś z takim blaskiem w oczach na tle tego sztu-ucznego nieba. - Wydobycie z siebie takiej informacji uważał za niepodważalny cud. Cud, po którym na powrót zrobiło mu się słabiej, ale nie osunął się na tę wannę - zamiast tego puścił go, zrobił krok w bok i wyszedł z łazienki, wachlując ręką zaczerwienioną twarz i pozostawiając za sobą na kafelkach kilka mokrych śladów.
Omiótł spojrzeniem salon. Jego kurtka wciąż leżała na tej sofie. Co miał zrobić? Usiąść? Uciec stąd?
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.