28.05.2024, 22:50 ✶
Prowadzę Geraldine na parkiet.
Kolejne wydarzenie w czarodziejskiej socjecie i kolejna rodowa rezydencja czystokrwistej familii. Może powinien zacząć zbierać pocztówki?, pomyślał z przekąsem, przypominając sobie ostatnią wizytę w rezydencji Malfoyów, kiedy to udał się z Brenną na pogrzeb żony Elliota. Wprawdzie dzisiejsza uroczystość była dużo weselsza, jednak nie potrafił powstrzymać nerwów.
Podczas głównej ceremonii właściwie ograniczał się do klaskania w odpowiednich momentach; jego głowy zaprzątały rozmowy, jakie odbył tuż przed opuszczeniem Warowni z siostrą i Norą Figg. Że też wszystko musiało się zebrać w tym jednym okresie, gdzie każdy dzień zdawał się mieć wypchany coraz to bardziej emocjonującymi rewelacjami.
Zdecydowanie nie wyglądał... Najlepiej. Kosmetyki i zestaw drobnych zaklęć pielęgnujących sprawiły, że nie wyglądał, jak wampir wybudzony z tysiącletniego snu, jednak nie oznaczało to wcale, że wyglądał, jakby spędził ostatnie kilka nocy szczególnie szczęśliwe. Na szczęście strój, jaki wybrał na dzisiejszą uroczystość, nieco odwracał uwagę od jego twarzy.
Podczas doboru poszczególnych części odzienia kierował się zdecydowanie bardziej standardami mody mugolskiej niźli najnowszymi trendami ze świata czarodziejów. Tego dnia przywdział ciemnobordowy garnitur o dopasowanym kroju. Tkanina, z jakiej został wykonany, charakteryzowała się wysoką jakością i lekkim połyskiem, sugerując, że wykorzystano do niej autentyczny jedwab. Spod marynarki widać było czarną koszulę, która komplementowała ciemną barwę garnituru.
Na miejsce wesele dotarł, podróżując wraz z Morfeuszem, Geraldine i Florence Bulstrode w jednek karocy. Niecodzienne połączenie, ale nie miał zamiaru narzekać. Zresztą starszy Longbottom rozgadał się za ich dwoje, komplementując między innymi właśnie wygląd panny Yaxley. Wówczas Erik jedynie uśmiechał się zdawkowo, kiwając głową lub wydając z siebie potwierdzające mruknięcie.
Gdyby nie to, że łowczyni urodziła się kobietą, śmiało nazwałby ją swoim ''kumplem''. Może to charakter kobiety, a może całe lata spędzone w tej samej szatni Gryffindoru, jednak nie potrafił się czuć o nią specjalnie zazdrosny. Ten zaszczyt mógł pozostawić m.in. bratu Yaxleyówny lub jej ojcu. Ach, Gerard Yaxley. Ciekawe, czy planował zjawić się na dzisiejszym przyjęciu, czy jednak zrzucił ciężar reprezentowania rodziny na swą córkę.
— Chyba nie pozostaje nam nic innego, jak tylko do nich dołączyć — stwierdził, gdy wuj odmaszerował wraz z medyczką w stronę parkietu, który z każdą chwilą wypełniał się kolejnymi parami. — To będzie miła odmiana po tym, jak w teatrze upijaliśmy się podczas sztuki, nie sądzisz? Chyba czas pokazać im trochę czystokrwistej klasy.
Uśmiechnął się niepewnie, wystawiając dłoń w kierunku kobiety. Nie był pewny, czy udało im się zakończyć podczas marcowego balu w Dolinie Godryka. Wspomnienia sprzed miesięcy powoli blakły w jego pamięci, ustępując miejsca nowszym wydarzeniom, które zapisały się w jego umyśle w najróżniejszy sposób. Radości. Smutki. Trwogi. Niebezpieczeństwo. Westchnął cicho, rozglądając się uważnie na boki w drodze na parkiet. Spodziewał się, że ujrzy tu równie wiele znajomych twarzy, co i kompletnie nieznajomych.
— Czuję się trochę jak na szkolnych balach — przyznał przyciszonym głosem. — Chociaż może to kwestia starej rezydencji. Jak twoim zdaniem hacjenda Blacków plasuje się na liście rezydencji naszej kochanej arystokracji?
Kolejne wydarzenie w czarodziejskiej socjecie i kolejna rodowa rezydencja czystokrwistej familii. Może powinien zacząć zbierać pocztówki?, pomyślał z przekąsem, przypominając sobie ostatnią wizytę w rezydencji Malfoyów, kiedy to udał się z Brenną na pogrzeb żony Elliota. Wprawdzie dzisiejsza uroczystość była dużo weselsza, jednak nie potrafił powstrzymać nerwów.
Podczas głównej ceremonii właściwie ograniczał się do klaskania w odpowiednich momentach; jego głowy zaprzątały rozmowy, jakie odbył tuż przed opuszczeniem Warowni z siostrą i Norą Figg. Że też wszystko musiało się zebrać w tym jednym okresie, gdzie każdy dzień zdawał się mieć wypchany coraz to bardziej emocjonującymi rewelacjami.
Zdecydowanie nie wyglądał... Najlepiej. Kosmetyki i zestaw drobnych zaklęć pielęgnujących sprawiły, że nie wyglądał, jak wampir wybudzony z tysiącletniego snu, jednak nie oznaczało to wcale, że wyglądał, jakby spędził ostatnie kilka nocy szczególnie szczęśliwe. Na szczęście strój, jaki wybrał na dzisiejszą uroczystość, nieco odwracał uwagę od jego twarzy.
Podczas doboru poszczególnych części odzienia kierował się zdecydowanie bardziej standardami mody mugolskiej niźli najnowszymi trendami ze świata czarodziejów. Tego dnia przywdział ciemnobordowy garnitur o dopasowanym kroju. Tkanina, z jakiej został wykonany, charakteryzowała się wysoką jakością i lekkim połyskiem, sugerując, że wykorzystano do niej autentyczny jedwab. Spod marynarki widać było czarną koszulę, która komplementowała ciemną barwę garnituru.
Na miejsce wesele dotarł, podróżując wraz z Morfeuszem, Geraldine i Florence Bulstrode w jednek karocy. Niecodzienne połączenie, ale nie miał zamiaru narzekać. Zresztą starszy Longbottom rozgadał się za ich dwoje, komplementując między innymi właśnie wygląd panny Yaxley. Wówczas Erik jedynie uśmiechał się zdawkowo, kiwając głową lub wydając z siebie potwierdzające mruknięcie.
Gdyby nie to, że łowczyni urodziła się kobietą, śmiało nazwałby ją swoim ''kumplem''. Może to charakter kobiety, a może całe lata spędzone w tej samej szatni Gryffindoru, jednak nie potrafił się czuć o nią specjalnie zazdrosny. Ten zaszczyt mógł pozostawić m.in. bratu Yaxleyówny lub jej ojcu. Ach, Gerard Yaxley. Ciekawe, czy planował zjawić się na dzisiejszym przyjęciu, czy jednak zrzucił ciężar reprezentowania rodziny na swą córkę.
— Chyba nie pozostaje nam nic innego, jak tylko do nich dołączyć — stwierdził, gdy wuj odmaszerował wraz z medyczką w stronę parkietu, który z każdą chwilą wypełniał się kolejnymi parami. — To będzie miła odmiana po tym, jak w teatrze upijaliśmy się podczas sztuki, nie sądzisz? Chyba czas pokazać im trochę czystokrwistej klasy.
Uśmiechnął się niepewnie, wystawiając dłoń w kierunku kobiety. Nie był pewny, czy udało im się zakończyć podczas marcowego balu w Dolinie Godryka. Wspomnienia sprzed miesięcy powoli blakły w jego pamięci, ustępując miejsca nowszym wydarzeniom, które zapisały się w jego umyśle w najróżniejszy sposób. Radości. Smutki. Trwogi. Niebezpieczeństwo. Westchnął cicho, rozglądając się uważnie na boki w drodze na parkiet. Spodziewał się, że ujrzy tu równie wiele znajomych twarzy, co i kompletnie nieznajomych.
— Czuję się trochę jak na szkolnych balach — przyznał przyciszonym głosem. — Chociaż może to kwestia starej rezydencji. Jak twoim zdaniem hacjenda Blacków plasuje się na liście rezydencji naszej kochanej arystokracji?
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞