29.05.2024, 00:11 ✶
Zaklęcie, które próbowała spleść Ambrosia nic nie dało. To nie tak, że nie wyszło, że splotła je źle lub nieumiejętnie – po prostu było za słabe, zbyt mało spójne by mogło zadziałać na siły, które władały tym miejscem. Za to, przez chwilę, krótką jak trzepot motylich skrzydeł, czarownica dostrzegła przypatrujące się jej kobiece oczy. Duże i jasne, należące – na pewno nie do żywej, nawet nie do ducha, ale jakby do… Cienia? Wspomnienia? Pozostałości? Kobieta zniknęła między drzewami – ale nie tymi, które broniły dostępu do leśnej ścieżki, na którą weszło wcześniej kilku pracowników Ministerstwa Magii, ale z drugiej strony Ośrodka Windermere, gdzie drzew nie było aż tak wiele, za to na wzgórku wznosił się niewielki zagajnik. To stamtąd dochodziły wcześniejsze krzyki.
Ale głos Loretty nie odpuszczał, przypominał lejącą się do uszu Alexandra truciznę. Wizja przyszłości, krótka i dziwaczna zalała jego umysł. Dostrzegł kocioł i warzącą się w nim zielonkawą maź. I płacz. Symbole w wapieniu. Wszystko przesłonięte, jakby skryte na dnie.
Otruj te dwa plączące się pod twoimi stopami robaki. Zgniecenie ich butem to prawie jak akt łaski.
Wir, który wytworzył Mulciber za pomocą magii, raczej wzburzył i tak już falującą tafle jeziora niż sięgnął jego dna. Resztki łodzi zakołysały się niebezpiecznie. Jedna z nich jeszcze szybciej zaczęła tonąć. Chwilę wcześniej jednak ostatni unoszący się na wodzie zniknął w jej głębinach.
Brygadzista pobladł, spoglądając na wodę.
- Lestrange. Aurorka. Victoria Lestrange – wydusił z siebie. Reszty chyba nie znał, był za mało istotny, by ktoś informował go o wszystkich przydziałach. – Ona nie żyje? Oni tam wszyscy nie żyją? – zapytał głucho.
Zbliżający się do jeziora Alexander jeszcze lepiej widział, że nikt się nie wynurzał. Jezioro uspokajało się. Przy samym brzegu dostrzegł leżące martwe ryby. Resztki łodzi tonęły.
Natura zdawała się powoli wracać do swojej normalnej postaci. Bez odpełzał. Znieruchomiał złudnie. Korony drzew szumiały, ale gałęzie przestały ku nim sięgać. Zapach dymu ulotnił się. Po Noahu pozostała tylko przebita kwieciem czaszka – resztę ciała pochłaniała trawa. Zapadał się w nią i znikał.
Może Apollo rzeczywiście wysłuchał próśb Morpheusa, a może otrzymał ostrzeżenie, bo jego trzecie oko otworzyło się niespodziewanie. Dostrzegł swój własny los. Najpierw poczuł ból pleców. Rozlewał się tempo po jego ciele. Ciemniało mu przed oczami, miał problemy z oddychaniem. Leżał na ziemi. W otoczeniu bujnej roślinności. Świeciło nad nim jasno słońce. Dzwonki rozchylały ku niemu płatki. Pąki dzikich róż puchły i rozkwitały. Bez łaskotał go po twarzy. Dusił się. Był tak blisko. Tak bardzo blisko. Czy to musiało się tak skończyć?
Kiedy oprzytomniał, wydawało mu się nawet, że wie, gdzie to się stanie. Zagajnik na wzgórku. To stamtąd dochodziły wcześniej krzyki.
- Próbuję cię chronić – wyszeptał męski głos w stronę Peppy. – To miejsce zmieniło się. Nie jest już bezpieczne. Nadal chroni, ale teraz musi się także bronić. Zło szykuje się do ataku. Schroń się w swoim domku lub pomóż, chroniąc to, co od zawsze skryte jest w zagajniku.
Panna Potter poczuła jak jedno z pnączy musnęło jej policzek, zmuszając, by spojrzała w stronę zagajnika. Tak. To był dokładnie ten zagajnik, który znajdował się na wzgórku.
@Peppa Potter @Alexander Mulciber @Ambrosia McKinnon @Morpheus Longbottom
Ale głos Loretty nie odpuszczał, przypominał lejącą się do uszu Alexandra truciznę. Wizja przyszłości, krótka i dziwaczna zalała jego umysł. Dostrzegł kocioł i warzącą się w nim zielonkawą maź. I płacz. Symbole w wapieniu. Wszystko przesłonięte, jakby skryte na dnie.
Otruj te dwa plączące się pod twoimi stopami robaki. Zgniecenie ich butem to prawie jak akt łaski.
Wir, który wytworzył Mulciber za pomocą magii, raczej wzburzył i tak już falującą tafle jeziora niż sięgnął jego dna. Resztki łodzi zakołysały się niebezpiecznie. Jedna z nich jeszcze szybciej zaczęła tonąć. Chwilę wcześniej jednak ostatni unoszący się na wodzie zniknął w jej głębinach.
Brygadzista pobladł, spoglądając na wodę.
- Lestrange. Aurorka. Victoria Lestrange – wydusił z siebie. Reszty chyba nie znał, był za mało istotny, by ktoś informował go o wszystkich przydziałach. – Ona nie żyje? Oni tam wszyscy nie żyją? – zapytał głucho.
Zbliżający się do jeziora Alexander jeszcze lepiej widział, że nikt się nie wynurzał. Jezioro uspokajało się. Przy samym brzegu dostrzegł leżące martwe ryby. Resztki łodzi tonęły.
Natura zdawała się powoli wracać do swojej normalnej postaci. Bez odpełzał. Znieruchomiał złudnie. Korony drzew szumiały, ale gałęzie przestały ku nim sięgać. Zapach dymu ulotnił się. Po Noahu pozostała tylko przebita kwieciem czaszka – resztę ciała pochłaniała trawa. Zapadał się w nią i znikał.
Może Apollo rzeczywiście wysłuchał próśb Morpheusa, a może otrzymał ostrzeżenie, bo jego trzecie oko otworzyło się niespodziewanie. Dostrzegł swój własny los. Najpierw poczuł ból pleców. Rozlewał się tempo po jego ciele. Ciemniało mu przed oczami, miał problemy z oddychaniem. Leżał na ziemi. W otoczeniu bujnej roślinności. Świeciło nad nim jasno słońce. Dzwonki rozchylały ku niemu płatki. Pąki dzikich róż puchły i rozkwitały. Bez łaskotał go po twarzy. Dusił się. Był tak blisko. Tak bardzo blisko. Czy to musiało się tak skończyć?
Kiedy oprzytomniał, wydawało mu się nawet, że wie, gdzie to się stanie. Zagajnik na wzgórku. To stamtąd dochodziły wcześniej krzyki.
- Próbuję cię chronić – wyszeptał męski głos w stronę Peppy. – To miejsce zmieniło się. Nie jest już bezpieczne. Nadal chroni, ale teraz musi się także bronić. Zło szykuje się do ataku. Schroń się w swoim domku lub pomóż, chroniąc to, co od zawsze skryte jest w zagajniku.
Panna Potter poczuła jak jedno z pnączy musnęło jej policzek, zmuszając, by spojrzała w stronę zagajnika. Tak. To był dokładnie ten zagajnik, który znajdował się na wzgórku.
@Peppa Potter @Alexander Mulciber @Ambrosia McKinnon @Morpheus Longbottom
Czas na odpis do 31.05, godz. 21.00