29.05.2024, 11:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.05.2024, 11:40 przez Christopher Rosier.)
Może chodziło też trochę o te dwie rzeczy - Christopher był człowiekiem nieco znudzonym, mimo młodego wieku (może dlatego, na jak dużo mógł sobie pozwolić), z Milie zaś zwykle dobrze się bawił, a w dodatku absolutnie nie potrafiącym przepraszać.
Był wyjątkowo wściekły, bo jak ktoś śmiał wystawić do wiatru jego, w dodatku ktoś taki jak jakaś Moody. Wybuchł, a gdy wybuchał, to na dużą skalę. I choć nigdy w życiu nie przyznałby się, że jego reakcja była ostra, uważał, że pozostawała doskonale uzasadniona w obliczu takiego zachowania, to nawet w jego zepsutej duszy obudził się ślad wyrzutów sumienia, gdy dowiedział się, że nie przyszła, bo leżała w śpiączce i właśnie wyszła ze szpitala.
Nawet on mógł przyznać, że było to niezłe (i jedyne) usprawiedliwienie na nieobecność na spotkaniu. Może to była więc jakaś forma przeprosin za gniewne słowa, gdy "przepraszam" nie przeszłoby mu przez usta.
Zresztą, dość szybko rozglądając się doszedł do wniosku, że wcale nie wywoła takiego skandalu, jakiego się spodziewał, gdyby ktoś rozpoznał Mildred (i wolałby go uniknąć, ale też nie płakałby nad rozlanym mlekiem, w końcu nieważne, jak mówią, byleby mówili), skoro na kaplicy i potem na sali była Diana Mulciber, znana z tego, że próbowała zabić swojego męża, jej macocha, znana z kolei do sympatii do mugolaczych Ministrów Magii, siostra poprzedniej żony Blacka, z którą związek rozpadł się zaledwie przed kilkoma miesiącami, a najwyraźniej Malfoyówny przyprowadziły dziewczynę chyba z rodziny McKinnonów, prowadzących burdel na Głębokich Ścieżkach. Najwyraźniej rodzina Blacków postanowiła chyba zmienić podejście wobec swoich kontaktów. Nie żeby Rosiera to szokowało - był przeciwnikiem równouprawnienia mugolaków (szył głównie dla czystej krwi, czasem dla półkrwi z tych rodów o nieco dłuższym rodowodzie, nigdy dla mugolaczek!), ale takie rzeczy jak zapraszanie na śluby takich osób jak Diana czy McKinnonowie raczej go bawiło niż oburzało.
A gdy dostrzegł kątem oka, że ktoś zamienia się w kapibarę, uznał, że to może być zabawne wesele. I pomyśleć, że po części wziął tu Mildred, bo sądził, że będzie się nudzić.
– Słyszałem o balu, na którym kogoś zaczarowano w bobra czy skunksa. Najwyraźniej Blackowie postanowili, że nie mogą pozostać w tyle i oni także muszą zamienić swoich gości w zwierzęta – powiedział, uśmiechając się, nieco chłodno, na samą myśl o tych nagłówkach. Ciekawe, jak zniesie to matka pana młodego? Sam Rosier właśnie postanowił, że na wszelki wypadek nie będzie tykał tutejszych drinków: ten zwierzak, który zmaterializował się gdzieś tam w okolicach fontanny wyglądał jakoś grubo, a kolor sierści był absolutnie niemodny w tym sezonie.
Poprowadził więc kobietę na środek parkietu, oplótł jedną ręką jej talię, drugą ujął dłoń. Nie był może najbardziej utalentowanym tancerzem na tej sali, ale takie przyjęcia były na tyle częste w jego życiu, że oczywiście, że znał wszystkie najpopularniejsze tańce.
Był wyjątkowo wściekły, bo jak ktoś śmiał wystawić do wiatru jego, w dodatku ktoś taki jak jakaś Moody. Wybuchł, a gdy wybuchał, to na dużą skalę. I choć nigdy w życiu nie przyznałby się, że jego reakcja była ostra, uważał, że pozostawała doskonale uzasadniona w obliczu takiego zachowania, to nawet w jego zepsutej duszy obudził się ślad wyrzutów sumienia, gdy dowiedział się, że nie przyszła, bo leżała w śpiączce i właśnie wyszła ze szpitala.
Nawet on mógł przyznać, że było to niezłe (i jedyne) usprawiedliwienie na nieobecność na spotkaniu. Może to była więc jakaś forma przeprosin za gniewne słowa, gdy "przepraszam" nie przeszłoby mu przez usta.
Zresztą, dość szybko rozglądając się doszedł do wniosku, że wcale nie wywoła takiego skandalu, jakiego się spodziewał, gdyby ktoś rozpoznał Mildred (i wolałby go uniknąć, ale też nie płakałby nad rozlanym mlekiem, w końcu nieważne, jak mówią, byleby mówili), skoro na kaplicy i potem na sali była Diana Mulciber, znana z tego, że próbowała zabić swojego męża, jej macocha, znana z kolei do sympatii do mugolaczych Ministrów Magii, siostra poprzedniej żony Blacka, z którą związek rozpadł się zaledwie przed kilkoma miesiącami, a najwyraźniej Malfoyówny przyprowadziły dziewczynę chyba z rodziny McKinnonów, prowadzących burdel na Głębokich Ścieżkach. Najwyraźniej rodzina Blacków postanowiła chyba zmienić podejście wobec swoich kontaktów. Nie żeby Rosiera to szokowało - był przeciwnikiem równouprawnienia mugolaków (szył głównie dla czystej krwi, czasem dla półkrwi z tych rodów o nieco dłuższym rodowodzie, nigdy dla mugolaczek!), ale takie rzeczy jak zapraszanie na śluby takich osób jak Diana czy McKinnonowie raczej go bawiło niż oburzało.
A gdy dostrzegł kątem oka, że ktoś zamienia się w kapibarę, uznał, że to może być zabawne wesele. I pomyśleć, że po części wziął tu Mildred, bo sądził, że będzie się nudzić.
– Słyszałem o balu, na którym kogoś zaczarowano w bobra czy skunksa. Najwyraźniej Blackowie postanowili, że nie mogą pozostać w tyle i oni także muszą zamienić swoich gości w zwierzęta – powiedział, uśmiechając się, nieco chłodno, na samą myśl o tych nagłówkach. Ciekawe, jak zniesie to matka pana młodego? Sam Rosier właśnie postanowił, że na wszelki wypadek nie będzie tykał tutejszych drinków: ten zwierzak, który zmaterializował się gdzieś tam w okolicach fontanny wyglądał jakoś grubo, a kolor sierści był absolutnie niemodny w tym sezonie.
Poprowadził więc kobietę na środek parkietu, oplótł jedną ręką jej talię, drugą ujął dłoń. Nie był może najbardziej utalentowanym tancerzem na tej sali, ale takie przyjęcia były na tyle częste w jego życiu, że oczywiście, że znał wszystkie najpopularniejsze tańce.