29.05.2024, 13:07 ✶
Otruj te dwa plączące się pod twoimi stopami robaki, wysyczała Loretta, brzęcząca mu cały czas nad uchem niczym natrętna mucha, od której nie sposób się opędzić. "Robaki"...? Powiedziała modliszka, pomyślał cierpko Alexander, znużony nieustającą walką z głosem żony na poligonie swojego umysłu. Strasznie jesteś czasem melodramatyczna, prychnął tylko wyzywająco w odpowiedzi, nie odrywając oczu od wzburzonej tafli jeziora.
Zatrzymał się. Z pewnym niezadowoleniem przyjął fakt, że zaklęcie, które splótł, nie zdołało odsłonić dna jeziora ani choćby ciał poszkodowanych w wypadku łodzi. Nikt nie wynurzał się ponad powierzchnię wody, nawet resztki wraku zdążyły już zniknąć na dnie. Alex zmarszczył brwi, skonfundowany. Nikt nie ocalał? Nie chciało mu się wierzyć, że wyszkoleni aurorzy wysłani na zwiad - cokolwiek zaatakowało ich łódź - poddaliby się bez walki. Choć uporczywie szukał wzrokiem szczątków rozbitków, zauważył tylko wyrzucone na brzeg, martwe ryby. Zaczął się nagle zastanawiać, jak magia tego miejsca mogła wpłynąć na jeziorną faunę, skoro według relacji aurowidzów spowijała je przeklęta czerń. Gdzieś tam, na dnie - w miejscu wiecznego spoczynku zaklętej karty tarota, Trójki Mieczy, którą cisnął dziś wściekle w toń Windermere zanim wstało słońce - czaiła się nieznana groza z jego wizji. Czy to ona zaatakowała ekspedycję?
Nie tak wyglądało to w zesłanym mu widzeniu: wód jeziora nie zabarwiła - jeszcze? - czerwień przelanej niewinnie krwi; jego toń pozostawała szmaragdowozielona, tak jak oczy Ambrosii. Mrugnął. Pozwolił się ponieść tej zieleni. Zielonkawa maź leniwie wypełniająca kocioł. Dziwne symbole w wapieniu. Nie zdołał przyjrzeć się im lepiej, coś przesłaniało mu nieustannie trzecie oko, jakby nie był godny dostąpić poznania, do którego dążył. Słyszał też płacz, który najpierw wydał mu się nieznośny, ale potem...
Mulciber skrzywił się mimowolnie. Nie zamierzał przecież rzucać się w toń jeziora, by ratować marne niedobitki brygadierów i innego tałatajstwa, przecież mu nie zależało, choć - jak chyba każdy jasnowidz - odczuwał niezrozumiałą potrzebę otarcia się przynajmniej o ten ochłap przyszłości, rzucony mu przez los, niby wychudzony pies, który zatapia zęby w obgryzionej już kości, by choć trochę ulżyć swemu głodu. By doświadczyć ułudy sytości - tak jak Alexander zawsze chciał doświadczać przepowiadanej przyszłości.
Wizja, jaką dzielili Morpheus i Leon dobitnie pokazywała jednak, że zwracanie na siebie uwagi Windermere nie jest najlepszym pomysłem. Mulciber odwrócił się od jeziora, ostatni raz rzucając spojrzenie na jego gładką taflę.
Zgniecenie ich butem to prawie jak akt łaski. Przeklęta Loretta nie dawała mu ani chwili wytchnienia. Tym razem jednak, poczuł rozbawienie. Od kiedy jesteś taka miłosierna?, spytał przekornie, masując obolałe skronie. Zawrócił w stronę grupy pozostającej do niego na ten moment w pewnym oddaleniu, pozwalając Lorettcie pieklić się do woli. Słyszał ją, ale jej nie słuchał - tak jak wtedy, kiedy kochał się z nią, przyjemnie odurzony, poddając się rozlewającemu w jego ciele, narkotykowemu znieczuleniu - opanował tę sztukę do perfekcji w trakcie ich burzliwej relacji.
Kurwa, tęsknił za ćpaniem.
Nacisnął dłonią na czoło, przymykając na chwilę oczy: przed oczami mignęły mu na nowo wspomnienia dziwnych, krótkich premonicji, jakich przed chwilą doświadczył.
Musiał spytać Morpheusa, czy też coś widział; czy zdołał odcyfrować runy w wapieniu, czy zesłano mu przepowiednię o zupełnie innej treści. Musiał usłyszeć głos Ambrosii, słodki i kojący, by do reszty nie oszaleć: dlaczego to nie ona szeptała mu teraz do ucha, pomyślał, czując, jak przepełnia go uwielbienie do kobiety, którą zaciągnął do tej dziury na zasłużony wypad wakacyjny, ona by go nie dręczyła, wiedział to; powiedziałaby mu, co powinien zrobić, a on nie wahałby się przed tym, by ulec jej słodkim namowom.
Podążyć za nimi, czy zostać nad jeziorem? Rozwarł ciężkie powieki, ale nie zabrał ręki osłaniającej oczy przed słońcem, nagle jakimś wyjątkowo jaskrawym. Patrzył, próbując jednak przeniknąć głębiej: prosił Windermere, by przestało bawić się widmem Loretty, a w zamian pokazało mu, co je trapi.
na percepcję, o, wielkie Windermere, nie umiem się modlić, ale proszę o jakąś wizję, kfóra podpowie mi, co robić
Zatrzymał się. Z pewnym niezadowoleniem przyjął fakt, że zaklęcie, które splótł, nie zdołało odsłonić dna jeziora ani choćby ciał poszkodowanych w wypadku łodzi. Nikt nie wynurzał się ponad powierzchnię wody, nawet resztki wraku zdążyły już zniknąć na dnie. Alex zmarszczył brwi, skonfundowany. Nikt nie ocalał? Nie chciało mu się wierzyć, że wyszkoleni aurorzy wysłani na zwiad - cokolwiek zaatakowało ich łódź - poddaliby się bez walki. Choć uporczywie szukał wzrokiem szczątków rozbitków, zauważył tylko wyrzucone na brzeg, martwe ryby. Zaczął się nagle zastanawiać, jak magia tego miejsca mogła wpłynąć na jeziorną faunę, skoro według relacji aurowidzów spowijała je przeklęta czerń. Gdzieś tam, na dnie - w miejscu wiecznego spoczynku zaklętej karty tarota, Trójki Mieczy, którą cisnął dziś wściekle w toń Windermere zanim wstało słońce - czaiła się nieznana groza z jego wizji. Czy to ona zaatakowała ekspedycję?
Nie tak wyglądało to w zesłanym mu widzeniu: wód jeziora nie zabarwiła - jeszcze? - czerwień przelanej niewinnie krwi; jego toń pozostawała szmaragdowozielona, tak jak oczy Ambrosii. Mrugnął. Pozwolił się ponieść tej zieleni. Zielonkawa maź leniwie wypełniająca kocioł. Dziwne symbole w wapieniu. Nie zdołał przyjrzeć się im lepiej, coś przesłaniało mu nieustannie trzecie oko, jakby nie był godny dostąpić poznania, do którego dążył. Słyszał też płacz, który najpierw wydał mu się nieznośny, ale potem...
Mulciber skrzywił się mimowolnie. Nie zamierzał przecież rzucać się w toń jeziora, by ratować marne niedobitki brygadierów i innego tałatajstwa, przecież mu nie zależało, choć - jak chyba każdy jasnowidz - odczuwał niezrozumiałą potrzebę otarcia się przynajmniej o ten ochłap przyszłości, rzucony mu przez los, niby wychudzony pies, który zatapia zęby w obgryzionej już kości, by choć trochę ulżyć swemu głodu. By doświadczyć ułudy sytości - tak jak Alexander zawsze chciał doświadczać przepowiadanej przyszłości.
Wizja, jaką dzielili Morpheus i Leon dobitnie pokazywała jednak, że zwracanie na siebie uwagi Windermere nie jest najlepszym pomysłem. Mulciber odwrócił się od jeziora, ostatni raz rzucając spojrzenie na jego gładką taflę.
Zgniecenie ich butem to prawie jak akt łaski. Przeklęta Loretta nie dawała mu ani chwili wytchnienia. Tym razem jednak, poczuł rozbawienie. Od kiedy jesteś taka miłosierna?, spytał przekornie, masując obolałe skronie. Zawrócił w stronę grupy pozostającej do niego na ten moment w pewnym oddaleniu, pozwalając Lorettcie pieklić się do woli. Słyszał ją, ale jej nie słuchał - tak jak wtedy, kiedy kochał się z nią, przyjemnie odurzony, poddając się rozlewającemu w jego ciele, narkotykowemu znieczuleniu - opanował tę sztukę do perfekcji w trakcie ich burzliwej relacji.
Kurwa, tęsknił za ćpaniem.
Nacisnął dłonią na czoło, przymykając na chwilę oczy: przed oczami mignęły mu na nowo wspomnienia dziwnych, krótkich premonicji, jakich przed chwilą doświadczył.
Musiał spytać Morpheusa, czy też coś widział; czy zdołał odcyfrować runy w wapieniu, czy zesłano mu przepowiednię o zupełnie innej treści. Musiał usłyszeć głos Ambrosii, słodki i kojący, by do reszty nie oszaleć: dlaczego to nie ona szeptała mu teraz do ucha, pomyślał, czując, jak przepełnia go uwielbienie do kobiety, którą zaciągnął do tej dziury na zasłużony wypad wakacyjny, ona by go nie dręczyła, wiedział to; powiedziałaby mu, co powinien zrobić, a on nie wahałby się przed tym, by ulec jej słodkim namowom.
Podążyć za nimi, czy zostać nad jeziorem? Rozwarł ciężkie powieki, ale nie zabrał ręki osłaniającej oczy przed słońcem, nagle jakimś wyjątkowo jaskrawym. Patrzył, próbując jednak przeniknąć głębiej: prosił Windermere, by przestało bawić się widmem Loretty, a w zamian pokazało mu, co je trapi.
na percepcję, o, wielkie Windermere, nie umiem się modlić, ale proszę o jakąś wizję, kfóra podpowie mi, co robić
Rzut PO 1d100 - 88
Sukces!
Sukces!
Rzut PO 1d100 - 66
Sukces!
Sukces!
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat