29.05.2024, 16:54 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.05.2024, 16:55 przez Millie Moody.)
na parkiecie z Christopherem Rosierem, zamiatam swoją białą różową suknią marmury
Goście byli różni. To fakt. Czy pan młody byłby zadowolony z faktu, że pacjentka Lecznicy Dusz, która przed pięcioma dniami ujebała twarz jednego z innych pacjentów szpinakiem na godzinę przed opuszczeniem zakładu całkiem dla niej zamkniętego, jest obecnie na sali? Na ile oceniał jej stabilność? Chyba niezbyt, skoro zarządził kuratelę i obowiązkowe wizyty kontrolne pod groźbą ponownego zamknięcia jej w swoim super szpitalu dla wariatów. Czy Millie myślała o tym wchodząc na parkiet? Bynajmniej.
Była bardzo milcząca jak na swoje standardy, lub na standardy, które towarzyszyły jej podczas spotkań z Christopherem. Obserwowała, patrzyła, choć też nie do końca widziała. Jej złociste oczy ześlizgiwały się po twarzach, które znała. Czasem były to twarze ludzi z pierwszych stron gazet, mijane na korytarzach Ministerstwa, czasem z jakiś mniejszych interwencji, burd, które szybko bogaci nestorzy rodu zamiatali pod dywan. Były to też twarze jej bogatych przyjaciół, którzy zazwyczaj nie dawali jej odczuć finansowej przepaści, która ich dzieliła, choć tu i teraz ten splendor drażnił ją w nieprzyjemny sposób.
Czy tak właśnie czuł się Kopciuszek, gdy dotarł na party do księcia? Ludzie zdawali się jej nie zauważać, albo nie rozpoznawać, maskarada trwała w najlepsze. Suknia w której czuła się bardziej naga niż ubrana, uczesanie makijaż, nawet jeśli widać było jej twarz, było to najlepsze przebranie, któż mógłby się po niej spodziewać czegoś takiego? Zawsze się zastanawiała jak książę mógł być takim debilem, żeby nie rozpoznać ukochanej po twarzy. Teraz chyba poznawała odpowiedź na własnej skórze i nie była pewna czy jej się ta odpowiedź podoba. Wystarczy ubrać się inaczej, a ludzie traktują Cię inaczej, reagują na Ciebie inaczej. To było bolesne. To dawało... sporo możliwości.
– Hmm? – zdała sobie sprawę z tego, że jej partner chyba coś do niej mówił, więc odwróciła wzrok od tańczących Geraldine i Erika. Dobrze słyszała? Skunks? Czyżby Stonks w natarciu? Nie, raczej nie zrobiłaby tego publicznie, w końcu był to jej mały śmierdzący sekret. – To rzeczywiście macie... macie zabawnie. – Nawet nie dostrzegła kapibary. Trzeba było trzymać wyprostowany kręgosłup, trzeba było za moment wprawić ciało w ruch, nie potknąć się, nie złamać obcasów. Trzeba było znów tańczyć. Jak to dobrze, że Isaac ledwie dwa dni temu przypomniał jej jak to się robi z kimś. – Tylko proszę, bez szaleństw. – Jak obco brzmiało to na ustach pociągniętych lekkim przepraszającym uśmiechem. – albo zrzucę Cię z miotły przy najbliższej okazji. – W końcu błysnęły białe zęby, w końcu przyszli się tu bawić, jakby jutra miało nie być, nawet jeśli wszystko w niej krzyczało, że powinna jak najszybciej stąd uciekać. Ale północ jeszcze nie wybiła... Jeszcze był czas.
Goście byli różni. To fakt. Czy pan młody byłby zadowolony z faktu, że pacjentka Lecznicy Dusz, która przed pięcioma dniami ujebała twarz jednego z innych pacjentów szpinakiem na godzinę przed opuszczeniem zakładu całkiem dla niej zamkniętego, jest obecnie na sali? Na ile oceniał jej stabilność? Chyba niezbyt, skoro zarządził kuratelę i obowiązkowe wizyty kontrolne pod groźbą ponownego zamknięcia jej w swoim super szpitalu dla wariatów. Czy Millie myślała o tym wchodząc na parkiet? Bynajmniej.
Była bardzo milcząca jak na swoje standardy, lub na standardy, które towarzyszyły jej podczas spotkań z Christopherem. Obserwowała, patrzyła, choć też nie do końca widziała. Jej złociste oczy ześlizgiwały się po twarzach, które znała. Czasem były to twarze ludzi z pierwszych stron gazet, mijane na korytarzach Ministerstwa, czasem z jakiś mniejszych interwencji, burd, które szybko bogaci nestorzy rodu zamiatali pod dywan. Były to też twarze jej bogatych przyjaciół, którzy zazwyczaj nie dawali jej odczuć finansowej przepaści, która ich dzieliła, choć tu i teraz ten splendor drażnił ją w nieprzyjemny sposób.
Czy tak właśnie czuł się Kopciuszek, gdy dotarł na party do księcia? Ludzie zdawali się jej nie zauważać, albo nie rozpoznawać, maskarada trwała w najlepsze. Suknia w której czuła się bardziej naga niż ubrana, uczesanie makijaż, nawet jeśli widać było jej twarz, było to najlepsze przebranie, któż mógłby się po niej spodziewać czegoś takiego? Zawsze się zastanawiała jak książę mógł być takim debilem, żeby nie rozpoznać ukochanej po twarzy. Teraz chyba poznawała odpowiedź na własnej skórze i nie była pewna czy jej się ta odpowiedź podoba. Wystarczy ubrać się inaczej, a ludzie traktują Cię inaczej, reagują na Ciebie inaczej. To było bolesne. To dawało... sporo możliwości.
– Hmm? – zdała sobie sprawę z tego, że jej partner chyba coś do niej mówił, więc odwróciła wzrok od tańczących Geraldine i Erika. Dobrze słyszała? Skunks? Czyżby Stonks w natarciu? Nie, raczej nie zrobiłaby tego publicznie, w końcu był to jej mały śmierdzący sekret. – To rzeczywiście macie... macie zabawnie. – Nawet nie dostrzegła kapibary. Trzeba było trzymać wyprostowany kręgosłup, trzeba było za moment wprawić ciało w ruch, nie potknąć się, nie złamać obcasów. Trzeba było znów tańczyć. Jak to dobrze, że Isaac ledwie dwa dni temu przypomniał jej jak to się robi z kimś. – Tylko proszę, bez szaleństw. – Jak obco brzmiało to na ustach pociągniętych lekkim przepraszającym uśmiechem. – albo zrzucę Cię z miotły przy najbliższej okazji. – W końcu błysnęły białe zęby, w końcu przyszli się tu bawić, jakby jutra miało nie być, nawet jeśli wszystko w niej krzyczało, że powinna jak najszybciej stąd uciekać. Ale północ jeszcze nie wybiła... Jeszcze był czas.