Nie do końca. Bardzo niekonkretna odpowiedź, która wręcz wzbudzała dreszcze, a i ciężko było nie zauważyć lekkiego przejawu niezadowolenia na jego twarzy. Albo znużenia? Odwrócił wzrok na bok, trochę (minimalnie!) wygiął wargi. Chciał to ukryć, ale wprawne oko skupione na rozmówcy mogło ten fałszywy przejaw emocji wypatrzyć. Był po prostu przejedzony tym negatywem. I tym strachem, który mieszkał w jego sercu, a który został tam zalęgnięty jeszcze przed tym nim zaczął się martwić, kto wokół niego nosi czarny znak na przedramieniu i kto może wycelować różdżkę w plecy, żeby zrobić coś... bardzo niedobrego. Ten śmieszny atak na New Forest był przecież jak przedsmak wszystkiego, co mogłoby się dziać. I chciałoby się powiedzieć, że Prewett sięgnął po rozum do głowy, ale nie. To było jak zachęta do tego, żeby naprawdę walczyć.
- Kuzynka? Znam jedną pannę Lestrange, która kwiatami przyozdobiłaby każdy kąt domu. Nie tylko swojego. - Kąciki ust w końcu drgnęły mu ku górze, bo skojarzenia z Victorią zawsze były miłymi skojarzeniami. Ta malutka historyjka się za tym kryjąca była ciekawa, zabawna - taka anegdotka akurat do opowiedzenia we wspólnym kręgu znajomości. A ten był o wiele bardziej cienki niż się wydawało na pierwszy rzut oka, chociaż akurat wcale to Laurenta nie dziwił. Lestrange to Lestrange - on znał paru, nawet jeśli nie każdego bezpośrednio to sporą część bliższego mu pokolenia kojarzył przynajmniej z widzenia. I to nie chodzi wyłącznie o szkołę. Następne słowa jednak sprawiły, że odwrócił zblazowane, jakby senne spojrzenie od róż i fotanny przed nimi, żeby spojrzeć na swojego rozmówcę. Z ciekawością, z uwagą, z błyskiem. Ponieważ zostało wyciągnięte na wierzch zagadnienie z błachego tematu, którego się nie spodziewał usłyszeć. - To prawda. - Odparł dość ostrożnie. Trybiki w jego głowie ruszyły ospale, ale kiedy już się poruszyły to zaczęły pędzić do przodu i... stop. Czy poznawanie kogoś nowego na pewno miało sens? Wartość merytoryczną? Czy ludzie nie wiązali się ostatnio tylko i wyłącznie z zawodem? - Człowiek potrafi zabawić się w boga i spoglądać, jak roślina więdnie na jego oczach, być panem i władcą jej życia... więc poddawanie się kaprysom chcenia albo niechcenia jest wręcz trywialne. Profanum naszej codzienności. - Potrzebował alkoholu. Potrzebował dokładnie tego, co dostał - wyciągnięcia z marazmu. A teraz potrzebował to zapić.
- Nie oceniałbym pokazowego bogactwa Blacków, na które zapewne został zaproszony każdy ród czystej krwi, jako pokaz dobrych koneksji i znajomości. Widzę to raczej jako próba zjednywania i tworzenia tych znajomości. - Uśmiechnął się niemal leniwie w kierunku mężczyzny, nieco zamyślony nad tym zagadnieniem. Nieco, bo jedynie odwracał pryzmat rozmowy, żeby nie fokusowała się na jego znajomości z Blackiem i robił to świadomie. - Nie wiem, jak pan, panie Lestrange, ale ja potrzebuję drinka. I wiem, gdzie takiego znaleźć. - Spodziewał się, że jego ojciec będzie się gdzieś kręcić i pewnie niedługo weźmie sobie za cel główny znalezienie go w tłumie. Poza tym skoro już tu był... i skoro się ochłodził powietrzem to mógł spróbować chociaż skorzystać z tego smutnego (wesołego?) wieczoru. Zrobił gest w stronę Rodolphusa zapraszający do środka, ale nie zamierzał naciskać, jeśli ten wolał tutaj zostać.