29.05.2024, 19:42 ✶
To oni widzieli drogę, dzięki zmysłowi Trelawneyów. Ona jedynie ruszyła we wskazaną stronę, bo stanie w miejscu było ostatnim, na co miała ochotę, gdy na kempingu trwała walka. Nie miała zdolności dostrzegania Limbo, za to nie brakowało jej ani determinacji, ani pewnego narwania.
Odpowiadając Sebastianowi nie odwracała się ani na chwilę, nie zwalniała kroku, chyba że któryś z mężczyzn postanowił pokierować ją nagle w inną stronę. Z tym się nie kłóciła: jedyne, co mogła zrobić, to im zaufać.
- W tym miejscu magia działa inaczej. Moc czaszki musi psuć znacznie starsze zaklęcie.
Nawet gdyby Basilius tego nie sugerował, to sam fakt, jak rzucało ją między przeszłością a teraźniejszością pokazywał, że istnieje tu jakaś potężna magia, raczej niezwiązana z czarnoksiężnikiem. Tam na Mokradłach nie atakowały ich rośliny, las nie ożywał, nie było gadających niedźwiedzi ani wspomnień spalonej na stosie dziewczyny.
Dziewczyny, która znała swojego oprawcę.
Może Brenna byłaby w stanie zrozumieć, że poświęcenie jednej osoby dla setek innych miało sens. Hasło „w imię większego dobra” obijało się jej po głowie od dawna, choć wiedziała doskonale, kto go używał nie tak dawno temu. Nauczyła się, że czasem trzeba wybierać lepsze zło. Ale gdy w szumie drzew rozbrzmiał głos, jej palce mimowolnie mocniej zacisnęły się na różdżce, bo on ją znał, budował zaufanie, bo ona leczyła ludzi za darmo i czy naprawdę, do cholery, nie było kogoś, kto faktycznie zasłużył sobie na ten stos? Jak wielkim musiał być draniem, aby najpierw przeciągnąć ją na swoją stronę, a potem skazać na męczarnię ognia?
- Może to naruszyło granicę światów i dlatego wyczuwacie... źródło tej nowej mocy. I to co w nim jest. Albo sam las lub to starsze zaklęcie chcą je pokazać – podjęła, normalnym tonem, jakby jej myśli nie błądziły wokół biskupa, Triony, czaszki i Patricka, którego według jasnowidza musieli znaleźć.
Nie wspomniała o duchach i nie wyjaśniła, co dokładnie znaleźli na bagnach, bo to jednak było tajne, a Pereginus był asystentem Vakela. Wolała, aby nie opowiedział wróżbicie o tamtej akcji, bo mogłaby wylecieć z Ministerstwa za ujawnianie szczegółów sprawy. Pulsowanie... może był to rytm mocy, wykradanej przez czaszkę? Może Bagshot coś znalazł. Albo śmierć czarnoksiężnika zakłóciła zaklęcie.
Nie miała wiele czasu na takie rozmyślania, bo oto pojawił się nieumarły. Być może strażnik zostawiony przez czarnoksiężnika, jak na mokradłach...?
Za pierwszym razem, gdy zobaczyła te stworzenia, wahała się przed krzywdzącym atakiem absurdalnie długo. Nie była pewna, czy nie są faktycznie rodzajem ghuli, wciąż myślących i do pewnego stopnia mogących funkcjonować wśród ludzi. Użycie na takim morderczych zaklęć byłoby czarną magią. Ale od tamtej chwili widziała dostatecznie wiele tych kreatur, aby sposób poruszania i odpadające płaty skóry zinterpretować w jeden sposób.
W tym ciele nie zostało już nic z człowieka, jego dusza pewnie tkwiła w czaszce i musieli ją uwolnić, zwłoki animowała mroczna magia, rozpadały się powoli i jedyne, czego chciały, to ich zabić. Czy ten widok nią wstrząsał? Owszem. Czy się zawahała? Tylko dlatego, że przeszło jej przez głowę, że las może ją zaatakować nawet za napaść na żywego trupa. Ale przecież nie mogła ot tak zawrócić, że ojej, nie idę dalej, uciekamy.
Bagshot miał rację, były to żywe trupy, a skoro szukali w lesie Stewarda, był też Patrick.
– Uważajcie na drzewa – powiedziała, unosząc różdżkę, mając cholerną nadzieję, że nic nie poszatkuje jej na kawałki. Próbowała ściąć nieumarłemu głowę. Nie była pewna, czy się uda, na niego więc też musieli uważać, ale no to się rozumiało samo przez się…
Kształtowanie
Odpowiadając Sebastianowi nie odwracała się ani na chwilę, nie zwalniała kroku, chyba że któryś z mężczyzn postanowił pokierować ją nagle w inną stronę. Z tym się nie kłóciła: jedyne, co mogła zrobić, to im zaufać.
- W tym miejscu magia działa inaczej. Moc czaszki musi psuć znacznie starsze zaklęcie.
Nawet gdyby Basilius tego nie sugerował, to sam fakt, jak rzucało ją między przeszłością a teraźniejszością pokazywał, że istnieje tu jakaś potężna magia, raczej niezwiązana z czarnoksiężnikiem. Tam na Mokradłach nie atakowały ich rośliny, las nie ożywał, nie było gadających niedźwiedzi ani wspomnień spalonej na stosie dziewczyny.
Dziewczyny, która znała swojego oprawcę.
Może Brenna byłaby w stanie zrozumieć, że poświęcenie jednej osoby dla setek innych miało sens. Hasło „w imię większego dobra” obijało się jej po głowie od dawna, choć wiedziała doskonale, kto go używał nie tak dawno temu. Nauczyła się, że czasem trzeba wybierać lepsze zło. Ale gdy w szumie drzew rozbrzmiał głos, jej palce mimowolnie mocniej zacisnęły się na różdżce, bo on ją znał, budował zaufanie, bo ona leczyła ludzi za darmo i czy naprawdę, do cholery, nie było kogoś, kto faktycznie zasłużył sobie na ten stos? Jak wielkim musiał być draniem, aby najpierw przeciągnąć ją na swoją stronę, a potem skazać na męczarnię ognia?
- Może to naruszyło granicę światów i dlatego wyczuwacie... źródło tej nowej mocy. I to co w nim jest. Albo sam las lub to starsze zaklęcie chcą je pokazać – podjęła, normalnym tonem, jakby jej myśli nie błądziły wokół biskupa, Triony, czaszki i Patricka, którego według jasnowidza musieli znaleźć.
Nie wspomniała o duchach i nie wyjaśniła, co dokładnie znaleźli na bagnach, bo to jednak było tajne, a Pereginus był asystentem Vakela. Wolała, aby nie opowiedział wróżbicie o tamtej akcji, bo mogłaby wylecieć z Ministerstwa za ujawnianie szczegółów sprawy. Pulsowanie... może był to rytm mocy, wykradanej przez czaszkę? Może Bagshot coś znalazł. Albo śmierć czarnoksiężnika zakłóciła zaklęcie.
Nie miała wiele czasu na takie rozmyślania, bo oto pojawił się nieumarły. Być może strażnik zostawiony przez czarnoksiężnika, jak na mokradłach...?
Za pierwszym razem, gdy zobaczyła te stworzenia, wahała się przed krzywdzącym atakiem absurdalnie długo. Nie była pewna, czy nie są faktycznie rodzajem ghuli, wciąż myślących i do pewnego stopnia mogących funkcjonować wśród ludzi. Użycie na takim morderczych zaklęć byłoby czarną magią. Ale od tamtej chwili widziała dostatecznie wiele tych kreatur, aby sposób poruszania i odpadające płaty skóry zinterpretować w jeden sposób.
W tym ciele nie zostało już nic z człowieka, jego dusza pewnie tkwiła w czaszce i musieli ją uwolnić, zwłoki animowała mroczna magia, rozpadały się powoli i jedyne, czego chciały, to ich zabić. Czy ten widok nią wstrząsał? Owszem. Czy się zawahała? Tylko dlatego, że przeszło jej przez głowę, że las może ją zaatakować nawet za napaść na żywego trupa. Ale przecież nie mogła ot tak zawrócić, że ojej, nie idę dalej, uciekamy.
Bagshot miał rację, były to żywe trupy, a skoro szukali w lesie Stewarda, był też Patrick.
– Uważajcie na drzewa – powiedziała, unosząc różdżkę, mając cholerną nadzieję, że nic nie poszatkuje jej na kawałki. Próbowała ściąć nieumarłemu głowę. Nie była pewna, czy się uda, na niego więc też musieli uważać, ale no to się rozumiało samo przez się…
Kształtowanie
Rzut W 1d100 - 87
Sukces!
Sukces!
Rzut W 1d100 - 10
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.