Nie tylko Sam się tego nie spodziewał. Nora spoglądała na walkę dwóch nastroszonych kogucików ze zdziwionym spojrzeniem i otwartą szeroko buzią. To nie miało się tak skończyć, znaczy to się dopiero zaczęło, więc wolała nie myśleć nawet o tym, co zamierzają tutaj robić. W oczach wyobraźni widziała już zniszczoną kuchnię, jej miejsce pracy, jej cały dobytek. Nie, na pewno na to nie pozwoli, czy tego chcieli, czy nie zamierzała interweniować.
Złożyło się tak, że panna Figg miała przy sobie różdżkę, bo korzystała z magii przy okazji gotowania, w końcu jej pączki były czymś więcej niż tylko wypiekami, sięgnęła więc po nią zwinnym ruchem, na tyle na ile w ogóle potrafiła być zwinna ta słodka pierdoła.
Dotarły do niej słowa Leo. Sam się komuś oświadczył, komuś innemu? Konsternacja, czy to w ogóle było możliwe. Po tym wszystkim, co jej powiedział. Nie, chyba nie. Dlaczego miałby to zrobić. Spojrzała na niego krótko, później na swoją różdżkę. Leosiowi coś się musiało wydawać, na pewno. Ufała Samowi, tego była pewna.
Nie zdążyła jednak zareagować, bo narawny kot postanowił machnąć różdżką. Wyczarował coś, coś paskudnego, ależ był w tym wszystkim zawzięty.
- Leo, zapewniam cię, że Sam nie jest czarnoksiężnikiem, to mój narzeczony, ręczę za niego. - Nie zamierzała jednak czekać. Machnęła różdżką, jakby wiedziała co robi - chociaż wcale tak nie było i szepnęła zaklęcie, żeby wyczarować tarczę przed Samem, żeby nasz kocur nie mógł po raz kolejny zrobić mu krzywdy, liczyła na to, że to zapobiegnie katastrofie.
Miała zamiar zająć się jeszcze usunięciem tego dziwnego śluzu, który swoją drogą wyglądał na ślimaczy z jego ciała, bo musiało to być okropnie niekomfortowe, ale tym zajmie się za chwilę, wszystko po kolei.
- Może zacznijmy od początku, Leo to jest Sam, Sam to jest Leo. - Próbowała złagodzić sytuację.
Potężne rzuty na rozproszenie i tarczę
Sukces!
Akcja nieudana