29.05.2024, 20:11 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.05.2024, 20:12 przez Brenna Longbottom.)
Brennie faktycznie przebieżka po rzeczy zajęła góra minutę, a chociaż Victorię minął najpierw członek załogi, a potem rozświergotana para Francuzek, nikt nie chciał wchodzić do środka. Chwilę później Brenna, z dość ponurą miną, fotografowała w środku trupa i przyglądała się obrażeniom, a Lestrange rozglądała się po kajucie.
Nie było wielkich śladów walki. Przepychanka chyba trwała krótko. Victoria zauważyła, że ktoś rzucił chyba szklanką i rozbił ją o ścianę, ale poza tym niczego nie uszkodzono, nie doszło więc do zaciętego starcia. Nie dostrzegła niczego umazanego krwią, co wyglądałoby na narzędzie zbrodni. Ktoś za to bez wątpienia rozbił głowę mężczyzny i nie wyglądało to na wypadek.
– Walnięcie z jednej strony, przewrócił się i walnął głową o łóżko z drugiej… nie miał szans – mruknęła Brenna, przykucając przy trupie. – Albo ktoś miał sporo siły, albo użył czegoś naprawdę ciężkiego, medyk to ze mnie żaden, ale nawet ja widzę wgłębienie i tyle krwi… Widzisz tutaj coś takiego ujebanego krwią?
– Pardon?
– Kurwa – mruknęła Brenna, prawie się potykając, gdy rzucała się do drzwi na dźwięk damskiego głosu. Zastępca kapitana miał przecież nikogo nie przepuszczać! Brenna uchyliła drzwi dosłownie o kilka centymetrów, zasłaniając sobą wnętrze. W szparze zobaczyła nikogo innego, jak żonę tragicznie zmarłego. Za jej plecami stał wyraźnie zakłopotany zastępca kapitana.
– Jestem Fleur Beauharnais – przedstawiła się kobieta, angielskim płynnym, chociaż z lekkim akcentem. Była blada jak sama śmierć, dłonie zacisnęła na spódnicy, ale nie płakała, głowę trzymała wysoko, stała wyprostowana. Ubrana w elegancką, nienagannie czystą szatę w jasnobłękitnej barwie, kapelusz i nawet białe rękawiczki: uosobienie szyku. – To ja zabiłam mojego męża.
Brenna zamarła, z trudem powstrzymując chęć obejrzenia się na Victorię. Nie żeby to było takie ogromne zaskoczenie: w dużej części spraw morderstw morderca znał ofiarę. Często dochodziło do nich przypadkiem albo pod wpływem emocji. I nie raz morderca przyznawał się pod wpływem wyrzutów sumienia czy po prostu wiedząc, że nie umknie. Ale chyba Brenna nie zakładała… że pójdzie tak szybko.
– Pani… Beauharnais… – powiedziała Brenna z wielkim trudem wypowiadając nazwisko. – Możemy porozmawiać… hm…
W końcu należało ustalić kilka rzeczy. Zebrać zeznania dotyczące przebiegu wydarzeń, motywu, czasu, w jakim doszło do zgonu...
– Sąsiednia kajuta należy do mojej siostry i córki, możemy rozmawiać tam – oświadczyła Fleur i odwróciła się, nie czekając na reakcję. Brenna obejrzała się wreszcie na Lestrange.
– Może jednak nas nie uziemią – powiedziała, ale z jakimś powątpiewaniem. – Niech pan pilnuje drzwi, dobrze? – poprosiła, zanim ruszyła za panią Beauharnais do drugiej kajuty. Kobieta usiadła tam już na łóżku, wciąż sztywnie wyprostowana i zapatrzyła się na aurorkę oraz Brygadzistkę.
- Nie rozumiem, o czym chcecie rozmawiać - powiedziała płaskim tonem. - Przyznaję się. Mam coś podpisać?
Nie było wielkich śladów walki. Przepychanka chyba trwała krótko. Victoria zauważyła, że ktoś rzucił chyba szklanką i rozbił ją o ścianę, ale poza tym niczego nie uszkodzono, nie doszło więc do zaciętego starcia. Nie dostrzegła niczego umazanego krwią, co wyglądałoby na narzędzie zbrodni. Ktoś za to bez wątpienia rozbił głowę mężczyzny i nie wyglądało to na wypadek.
– Walnięcie z jednej strony, przewrócił się i walnął głową o łóżko z drugiej… nie miał szans – mruknęła Brenna, przykucając przy trupie. – Albo ktoś miał sporo siły, albo użył czegoś naprawdę ciężkiego, medyk to ze mnie żaden, ale nawet ja widzę wgłębienie i tyle krwi… Widzisz tutaj coś takiego ujebanego krwią?
– Pardon?
– Kurwa – mruknęła Brenna, prawie się potykając, gdy rzucała się do drzwi na dźwięk damskiego głosu. Zastępca kapitana miał przecież nikogo nie przepuszczać! Brenna uchyliła drzwi dosłownie o kilka centymetrów, zasłaniając sobą wnętrze. W szparze zobaczyła nikogo innego, jak żonę tragicznie zmarłego. Za jej plecami stał wyraźnie zakłopotany zastępca kapitana.
– Jestem Fleur Beauharnais – przedstawiła się kobieta, angielskim płynnym, chociaż z lekkim akcentem. Była blada jak sama śmierć, dłonie zacisnęła na spódnicy, ale nie płakała, głowę trzymała wysoko, stała wyprostowana. Ubrana w elegancką, nienagannie czystą szatę w jasnobłękitnej barwie, kapelusz i nawet białe rękawiczki: uosobienie szyku. – To ja zabiłam mojego męża.
Brenna zamarła, z trudem powstrzymując chęć obejrzenia się na Victorię. Nie żeby to było takie ogromne zaskoczenie: w dużej części spraw morderstw morderca znał ofiarę. Często dochodziło do nich przypadkiem albo pod wpływem emocji. I nie raz morderca przyznawał się pod wpływem wyrzutów sumienia czy po prostu wiedząc, że nie umknie. Ale chyba Brenna nie zakładała… że pójdzie tak szybko.
– Pani… Beauharnais… – powiedziała Brenna z wielkim trudem wypowiadając nazwisko. – Możemy porozmawiać… hm…
W końcu należało ustalić kilka rzeczy. Zebrać zeznania dotyczące przebiegu wydarzeń, motywu, czasu, w jakim doszło do zgonu...
– Sąsiednia kajuta należy do mojej siostry i córki, możemy rozmawiać tam – oświadczyła Fleur i odwróciła się, nie czekając na reakcję. Brenna obejrzała się wreszcie na Lestrange.
– Może jednak nas nie uziemią – powiedziała, ale z jakimś powątpiewaniem. – Niech pan pilnuje drzwi, dobrze? – poprosiła, zanim ruszyła za panią Beauharnais do drugiej kajuty. Kobieta usiadła tam już na łóżku, wciąż sztywnie wyprostowana i zapatrzyła się na aurorkę oraz Brygadzistkę.
- Nie rozumiem, o czym chcecie rozmawiać - powiedziała płaskim tonem. - Przyznaję się. Mam coś podpisać?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.