30.05.2024, 00:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.06.2024, 20:47 przez Millie Moody.)
Gdyby mogła, wyciągnęłaby różdżkę i zamieniłaby uszy, na kruczy dziób, na maskę ptaka, który był jej najbliższy, bo przecież totemiczny. Z transmutacji była jednak totalną lebiegą, a i impreza była... nie była pewna na ile ona jest magiczna, na ile nie. W Dolinie Godryka nigdy nie było do końca wiadomo, a mugolscy mieszkańcy pewnie mieli częściej czyszczoną pamięć niż przewidywała średnia. Podążyła więc z królikiem, słuchając jego słów z zaciekawieniem. Czy Isaac którego znała mówił w ten sposób właśnie? Choć może właściwym pytaniem było, czy w ogóle Isaaca znała. Kilkanaście długich lat, to nie był jej kolega z bumu, z którym zeżarła beczkę soli. Zniknął. A teraz się pojawił. Jak widma. Jak sen. Czy zniknie o świcie?
– Pierdoloną parą zakochanych? – uniosła brwi tak, że było widać je nad maską. W zieleni zdawała się być bardziej delikatna, z resztą na bogów, Mildred miała na sobie sukienkę, to musiało już mocno wpływać na percepcję całego zdarzenia. – Czy ja o czymś nie wiem? – w jej głosie pobrzmiewała kpina, bo przecież i rośliny potrafią być trujące. Może gdyby sięgnął jej ust, padłby rażony gromem, znaczy trucizną paraliżującą i już by nie wstał. Może, kto wie, to nie byłaby trucizna na jakiś czas tylko na zawsze. Czy miłość tak działała na ludzi? Że oni umierali?
– Czy na prawdę uważasz Isaacu, że wciąż komunikuję się ze światem w ten sposób. Nie jestem pewna w takim razie, czy mam poczytać to jako komplement i próbę przywrócenia zerwanej nici ciągłości, czy jako przyganę, skoro zakładasz, że życie niczego mnie nie nauczyło. Na przykład... nie rozszerzyło mojego słownika. – Cóż, Mildred używała przekleństw jako interpunkcji, rozrzucając ją bezładnie po słowach i myślach zależnie od stopnia pobudzenia, lub znudzenia. Ale czy to oznaczało, że było jej miło, że ją tak punktował ten Bagshot? Z resztą, zawsze jej wypominał mnóstwo rzeczy. Był osobą, która punktowała ją na każdym kroku. A to że nie umie się całować, a to że się nie odzywała tydzień, dwa, miesiąc. Upiła sok, który jej zamówił, a który ktoś ośmielał się nazwać bezalkoholowym drinkiem. Trzeźwość pomoże w koordynacji, więc może te lekcje tańca.
– To dobrze, bo jutro chcę zabłysnąć na potańcówce – przyznała otwarcie, na tym etapie wystąpienie na ślubie Blacków w ogóle jeszcze nie było nawet w pomyśle kogokolwek. Ot dobra, do magicznej, stricte magicznej potańcówki, to mało na lekcje tańca. Millie niby cośtam wiedziała, że muzyka poddaje się pulsowi, a wtedy ciało powinno gibać się na boki zgodnie z tymże właśnie pulsem. Robiła tak. Robiła dawno temu, gdy Alastor zdecydował się z kimś związać na stałe. Westchnęła i złapała Bagshota mocniej za rękę.
– No to pokaż mi jak się tańczy, bo z tego co widzę, to z całowaniem nie mam co liczyć na korki, jak trafić nawet porządnie nie umiesz. – nie dokazywała mu, ot odbijała piłeczkę, choć bez takiej werwy jak kiedyś przed laty. Była przygaszona. Może to kwestia leków niekoniecznie dobrze dobranych. Może jeszcze nie nauczyła się chodzić po kontuzji, a chciała biegać maratony. Albo tańczyć jak teraz. – To nie może być trudne, skoro nauczył się tego ktoś taki jak Ty Bagshoci zającu.
– Pierdoloną parą zakochanych? – uniosła brwi tak, że było widać je nad maską. W zieleni zdawała się być bardziej delikatna, z resztą na bogów, Mildred miała na sobie sukienkę, to musiało już mocno wpływać na percepcję całego zdarzenia. – Czy ja o czymś nie wiem? – w jej głosie pobrzmiewała kpina, bo przecież i rośliny potrafią być trujące. Może gdyby sięgnął jej ust, padłby rażony gromem, znaczy trucizną paraliżującą i już by nie wstał. Może, kto wie, to nie byłaby trucizna na jakiś czas tylko na zawsze. Czy miłość tak działała na ludzi? Że oni umierali?
– Czy na prawdę uważasz Isaacu, że wciąż komunikuję się ze światem w ten sposób. Nie jestem pewna w takim razie, czy mam poczytać to jako komplement i próbę przywrócenia zerwanej nici ciągłości, czy jako przyganę, skoro zakładasz, że życie niczego mnie nie nauczyło. Na przykład... nie rozszerzyło mojego słownika. – Cóż, Mildred używała przekleństw jako interpunkcji, rozrzucając ją bezładnie po słowach i myślach zależnie od stopnia pobudzenia, lub znudzenia. Ale czy to oznaczało, że było jej miło, że ją tak punktował ten Bagshot? Z resztą, zawsze jej wypominał mnóstwo rzeczy. Był osobą, która punktowała ją na każdym kroku. A to że nie umie się całować, a to że się nie odzywała tydzień, dwa, miesiąc. Upiła sok, który jej zamówił, a który ktoś ośmielał się nazwać bezalkoholowym drinkiem. Trzeźwość pomoże w koordynacji, więc może te lekcje tańca.
– To dobrze, bo jutro chcę zabłysnąć na potańcówce – przyznała otwarcie, na tym etapie wystąpienie na ślubie Blacków w ogóle jeszcze nie było nawet w pomyśle kogokolwek. Ot dobra, do magicznej, stricte magicznej potańcówki, to mało na lekcje tańca. Millie niby cośtam wiedziała, że muzyka poddaje się pulsowi, a wtedy ciało powinno gibać się na boki zgodnie z tymże właśnie pulsem. Robiła tak. Robiła dawno temu, gdy Alastor zdecydował się z kimś związać na stałe. Westchnęła i złapała Bagshota mocniej za rękę.
– No to pokaż mi jak się tańczy, bo z tego co widzę, to z całowaniem nie mam co liczyć na korki, jak trafić nawet porządnie nie umiesz. – nie dokazywała mu, ot odbijała piłeczkę, choć bez takiej werwy jak kiedyś przed laty. Była przygaszona. Może to kwestia leków niekoniecznie dobrze dobranych. Może jeszcze nie nauczyła się chodzić po kontuzji, a chciała biegać maratony. Albo tańczyć jak teraz. – To nie może być trudne, skoro nauczył się tego ktoś taki jak Ty Bagshoci zającu.