28.12.2022, 11:42 ✶
- Cóż… jest to zawsze jakaś podpowiedź – stwierdziła Brenna, przypatrując się kawałkowi materiału. – Zielona szata i perfumy Potterów. Dość drogie perfumy, dodajmy. Za buteleczkę mogłaby sobie kupić może nie dużo, ale przynajmniej parę włosów jednorożca. Jeżeli chodzi o listę, to może być trudno, bo prowadzą sprzedaż wysyłkową, ale mają też punkt na Pokątnej – mruknęła z namysłem, niemniej nie przekreślała tego tropu. Wyciągnęła rękę, przejmując kawałek ubrania od Fergusa, bo mógł się przydać, by nie błądziła na przestrzeni całych miesięcy przeszłości warsztatu Ollivanderów. Miała dzięki temu dwa punkty zaczepienia.
- Naprawdę? – zdziwiła się, przypatrując swojej różdżce. Nie potraktowała jednak sugestii Ollivandera jako coś dziwnego. – Trochę jak ze starszym rodzeństwem, prawda? Nic, spróbuję jej wyjaśnić, że dalej ją kocham i ma specjalne miejsce w moim sercu, ale na wypadek, gdyby mnie rozbroili, lepiej mieć drugą w drugiej kieszeni.
Posłała Ollivanderom przyjazny uśmiech. Była może pajacem, ale żyli w niespokojnych czasach, ona zaś mogła wpakować się w podwójne kłopoty: jako Brygadzistka i jako członkini Zakonu Feniksa. Oczywiście, i tak wykazywała się sporym optymizmem, bo zakładała, że może oberwać Expelliarmusem zamiast Avadą Kedavrą.
Poczekała aż oboje wyjdą, po czym za pomocą zaklęcia zamknęła za nimi drzwi. Trochę głupio, bronić im wstępu do własnego sklepu, ale ani nie chciała, by ktoś jej przeszkodził, ani przyznawać się do tego, co zamierzała. Machnęła różdżką w stronę wystawy, na moment spowijając potłuczoną szybę czymś, co wyglądało jak widmowa roleta, a potem poszukała na podłodze miejsca, w którym nie leżała cała masa potłuczonego szkła. Wreszcie wyciągnęła ze swojej torby kilka świec, rozkładając na posadce krąg widmowidza.
– Och… ten… – Tymczasem na zewnątrz Sadwick jakby zmalał i skulił ramiona, zapytany przez Ollivandera, czy ma rację. Ten wyraźnie oczekiwał potwierdzenia, więc jak tutaj się przyznać, że on sam palił? Skłamać, powiedzieć prawdę? W końcu wybrał wyjście po środku. – Wie pan… w Brygadzie to prawie każdy pali – powiedział, trochę niepewnie, strzelając spojrzeniem ku drzwiom, jakby już czekał na powrót drugiej Brygadzistki, chociaż ta ledwo co je zamknęła. – Tam, no, zawsze jest pełno. Dymu. To ja przywykłem.
Drzwi otworzyły się jakieś dziesięć minut później. Brenna z jakichś powodów miała krew rozsmarowaną na twarzy, w sklepie unosił się zapach dymu i spalenizny – choć nie było widać żadnych zniszczeń, a widmowa zasłona zdążyła zniknąć z okna – kobieta jednak uśmiechała się jeszcze radośniej niż wcześniej.
– Zdaje się, że uda nam się ustalić tożsamość jednej z osób, które włamały się do sklepu. Przy odrobinie szczęścia niedługo wrócę z portretem pamięciowym albo nazwiskiem – zapowiedziała. Najwyraźniej jakichkolwiek zaklęć użyła, udało się jej coś ustalić.
- Naprawdę? – zdziwiła się, przypatrując swojej różdżce. Nie potraktowała jednak sugestii Ollivandera jako coś dziwnego. – Trochę jak ze starszym rodzeństwem, prawda? Nic, spróbuję jej wyjaśnić, że dalej ją kocham i ma specjalne miejsce w moim sercu, ale na wypadek, gdyby mnie rozbroili, lepiej mieć drugą w drugiej kieszeni.
Posłała Ollivanderom przyjazny uśmiech. Była może pajacem, ale żyli w niespokojnych czasach, ona zaś mogła wpakować się w podwójne kłopoty: jako Brygadzistka i jako członkini Zakonu Feniksa. Oczywiście, i tak wykazywała się sporym optymizmem, bo zakładała, że może oberwać Expelliarmusem zamiast Avadą Kedavrą.
Poczekała aż oboje wyjdą, po czym za pomocą zaklęcia zamknęła za nimi drzwi. Trochę głupio, bronić im wstępu do własnego sklepu, ale ani nie chciała, by ktoś jej przeszkodził, ani przyznawać się do tego, co zamierzała. Machnęła różdżką w stronę wystawy, na moment spowijając potłuczoną szybę czymś, co wyglądało jak widmowa roleta, a potem poszukała na podłodze miejsca, w którym nie leżała cała masa potłuczonego szkła. Wreszcie wyciągnęła ze swojej torby kilka świec, rozkładając na posadce krąg widmowidza.
– Och… ten… – Tymczasem na zewnątrz Sadwick jakby zmalał i skulił ramiona, zapytany przez Ollivandera, czy ma rację. Ten wyraźnie oczekiwał potwierdzenia, więc jak tutaj się przyznać, że on sam palił? Skłamać, powiedzieć prawdę? W końcu wybrał wyjście po środku. – Wie pan… w Brygadzie to prawie każdy pali – powiedział, trochę niepewnie, strzelając spojrzeniem ku drzwiom, jakby już czekał na powrót drugiej Brygadzistki, chociaż ta ledwo co je zamknęła. – Tam, no, zawsze jest pełno. Dymu. To ja przywykłem.
Drzwi otworzyły się jakieś dziesięć minut później. Brenna z jakichś powodów miała krew rozsmarowaną na twarzy, w sklepie unosił się zapach dymu i spalenizny – choć nie było widać żadnych zniszczeń, a widmowa zasłona zdążyła zniknąć z okna – kobieta jednak uśmiechała się jeszcze radośniej niż wcześniej.
– Zdaje się, że uda nam się ustalić tożsamość jednej z osób, które włamały się do sklepu. Przy odrobinie szczęścia niedługo wrócę z portretem pamięciowym albo nazwiskiem – zapowiedziała. Najwyraźniej jakichkolwiek zaklęć użyła, udało się jej coś ustalić.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.