Nie lubił się narzucać, ale kto lubił? Rodolphus, nawet mimo egzystencjalnego bólu powiązanego z koniecznością stawienia się na tym weselu, takiego odczucia nie dawał. W zasadzie wręcz przeciwnie - dawał wrażenie zainteresowania i zaangażowania w rozmowę. Zaś jej tempo? Wcale Laurentowi nie przeszkadzało. Mógł siedzieć i leniwie filozofować z każdym, dopóki te zawieszenia nie były wspomnianym narkotycznym zagubieniem wśród słów, obrazów i gestów. Pewnie i nawet wtedy nie uciekałaby jego cierpliwość, a jedynie skupienie w myślach, czy ma nadal jakieś kadzidła, które na to pomagały. Uśmiechnął się weselej, nieco ożywiony tą rozmową. Oderwany od negatywu, który kazał mu uciekać tutaj i szukać ukojenia wśród róż. Był społeczną bestią, potrzebował kontaktu z ludźmi. Pozostawało jeszcze kwestią jakiego rodzaju był to kontakt.
- Oby strzegł pan kluczy do swojego domu, nie znasz dnia ani godziny kiedy ta śliczna wróżka zakradnie się do wnętrza i zostawi za sobą zieloną dżunglę. - Zażartował, bo chociaż doskonale zdawał sobie sprawę, że to zupełnie nie było w stylu Victorii, to abstrakcyjna wizja tego, że zastajesz polskę drewnianą, a zostawiasz murowaną swój dom w wersji udekorowanej kwieciem jego osobiście bawił bardzo. Kiedy wychodziłeś wszystko było w porządku, wracasz - i już nie jest.
Nie wiedział wielu rzeczy o człowieku przed nim stojącym, ale rozmowa była takim małym bożkiem poznania. Odpowiadał na spojrzenie ciekaw tego, co usłyszy. Nie poganiał. Nie było do czego poganiać. Nie śpieszyło im się, nie mieli ginąć w tej rzeczywistości zabaw ślubnych i muzyki dobiegającej gdzieś z dala. Co jednak na pewno połączyło tę dwójkę w jednym, strategicznym momencie, to pełne wątpliwości spojrzenie, jakie sobie posłali, kiedy prawie że na wejściu do sali bankietowej zobaczyli TĘ scenę.
W gruncie rzeczy to Laurent nie do końca nawet chciał szukać po prostu drinków. Chciał namierzyć Edga. Po przemielonych wątpliwościach, po ochłonięciu, po zastanowieniu się. Nie dojrzał go już jednak przy grajkach cieszących uszy muzyką do tańca. Wejście do tej sali znowu uderzyło go tym odrzuceniem nadmiaru czerni, w której lśniła ta czerwień jak krople krwi opadłe na kostki węgla. Sylwetka Flynna mignęła mu przesuwając się między gośćmi i byłby do niego skierował swoje kroki, gdyby nie spoczął spojrzeniem na Perseusie. Pan młody, który w zasadzie odstępował właśnie od towarzystwa jego ojca. Laurent nieco się skrzywił - ale nie na spojrzenie Perseusa. Skrzywił się patrząc na ojca i automatycznie zesztywniał w swojej wyprostowanej pozie.
- Jak mija przyjęcie, Perseusie? - Uśmiechnął się do pana młodego, kiedy już podeszli do niego z Rodolphusem. O ile jego chwilowy towarzysz tego przyjęcia nie zdecydował się wycofać.