30.05.2024, 09:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.05.2024, 09:48 przez Charlotte Kelly.)
Sala jadalnia Przeszli z Jonathanem w stronę drinków
– Jeśli działałoby to w ten sposób, na samym wejściu do kaplicy trafiłby mnie piorun z jasnego nieba, Johny – odparła Charlotte. – To wszystko przywołuje wspomnienia, prawda? Pamiętasz, jak wybieraliśmy tort? Zmusiłam matkę do zamówienia najdroższego i największego, oznajmiając, że albo będę miała ten tort, albo nie wyjdę za mąż. Wciąż pamiętam ten smak, jestem pewna, że nie zdołali tutaj zdobyć lepszego… Musimy potem spróbować.
Gdyby Morpheus powiedział Charlotte, że ona i Jonathan coś knują, prawdopodobnie zatrzepotałaby rzęsami i rzuciła mu spojrzenie pełne urażonej niewinności, pytając, jak w ogóle może ich o coś takiego podejrzewać.
Ale oczywiście, że coś knuli. Ledwo na nich spojrzał, w jego głowie rozbrzmiał głos przyjaciółki „Matko, znasz już mojego narzeczonego, prawda?”. Potem jednak znikli mu gdzieś z oczu, bo nie wyszli na parkiet, a przeszli ku drinkom.
– Powiedziałabym, że musiałeś bardzo mocno uderzyć się w głowę, skoro pleciesz takie bzdury o tym, że jesteś najpiękniejszy… ale ponieważ wolę pokłócić się dziś z innymi, nie z tobą, to zgódźmy się może po prostu, że jesteśmy najpiękniejszą parą na tej sali? – oświadczyła. Oczywiście, całe mnóstwo osób by się z nimi nie zgodziło. A jakaś część Charlotte wiedziała, że na to wesele przyszło wiele dziewczyn znacznie od nich młodszych i pięknych. Nie zamierzała sobie jednak zawracać głowy takimi rzeczami i może dobrze: przynajmniej nie szeptała teraz Jonathanowi do uszka, że o, patrz, ta z lewej strony, z jasnymi włosami, zatrudnię kogoś, żeby przyniósł mi jej serce.
Uważała, na całe szczęście, że nie musi usuwać konkurencji, bo taka dla niej nie istnieje.
Nie, prawdopodobnie nie była socjopatką: kochała swoich synów i przyjaciół.
Ale chyba niewiele jej do tego brakowało.
Ruszyła z Jonathanem, krocząc na butach na wysokim obcasie, i kołysząc przy tym nieco biodrami. Jak jego uśmiech znikł, tak jej nabrał ogromnych pokładów fałszywej serdeczności, gdy zmierzali ku jej ukochanej matce oraz jej przyjaciółek. Charlotte nie pamiętała, jak te się nazywały – nigdy nie zaprzątała sobie głowy ludźmi, którzy jej nie interesowali – ale jedna chyba była jakoś tam spokrewniona z Blackami… a może coś jej pomyliło, nieważne, grunt, że mieli widownię!
Pani Crouch wyglądała, jakby pod nos podsunięto jej coś wyjątkowo paskudnego.
– Jonathanie – wycedziła, kompletnie ignorując swoją córkę. – Widzę, że wciąż nie nauczono cię ani odrobiny kultury.
– Matko, jak możesz? – westchnęła Charlotte, trzepocząc rzęsami, jakby w oczach zaraz miały stanąć jej łzy i bardziej wtuliła się w Jonathana. – Nie obrażaj mojego partnera. Panie znają już mojego narzeczonego? To najwspanialszy mężczyzna w Anglii, dla niego uciekłabym nawet na inny kontynent.
– Przestań się wygłupiać, Charlotte.
– Jeśli działałoby to w ten sposób, na samym wejściu do kaplicy trafiłby mnie piorun z jasnego nieba, Johny – odparła Charlotte. – To wszystko przywołuje wspomnienia, prawda? Pamiętasz, jak wybieraliśmy tort? Zmusiłam matkę do zamówienia najdroższego i największego, oznajmiając, że albo będę miała ten tort, albo nie wyjdę za mąż. Wciąż pamiętam ten smak, jestem pewna, że nie zdołali tutaj zdobyć lepszego… Musimy potem spróbować.
Gdyby Morpheus powiedział Charlotte, że ona i Jonathan coś knują, prawdopodobnie zatrzepotałaby rzęsami i rzuciła mu spojrzenie pełne urażonej niewinności, pytając, jak w ogóle może ich o coś takiego podejrzewać.
Ale oczywiście, że coś knuli. Ledwo na nich spojrzał, w jego głowie rozbrzmiał głos przyjaciółki „Matko, znasz już mojego narzeczonego, prawda?”. Potem jednak znikli mu gdzieś z oczu, bo nie wyszli na parkiet, a przeszli ku drinkom.
– Powiedziałabym, że musiałeś bardzo mocno uderzyć się w głowę, skoro pleciesz takie bzdury o tym, że jesteś najpiękniejszy… ale ponieważ wolę pokłócić się dziś z innymi, nie z tobą, to zgódźmy się może po prostu, że jesteśmy najpiękniejszą parą na tej sali? – oświadczyła. Oczywiście, całe mnóstwo osób by się z nimi nie zgodziło. A jakaś część Charlotte wiedziała, że na to wesele przyszło wiele dziewczyn znacznie od nich młodszych i pięknych. Nie zamierzała sobie jednak zawracać głowy takimi rzeczami i może dobrze: przynajmniej nie szeptała teraz Jonathanowi do uszka, że o, patrz, ta z lewej strony, z jasnymi włosami, zatrudnię kogoś, żeby przyniósł mi jej serce.
Uważała, na całe szczęście, że nie musi usuwać konkurencji, bo taka dla niej nie istnieje.
Nie, prawdopodobnie nie była socjopatką: kochała swoich synów i przyjaciół.
Ale chyba niewiele jej do tego brakowało.
Ruszyła z Jonathanem, krocząc na butach na wysokim obcasie, i kołysząc przy tym nieco biodrami. Jak jego uśmiech znikł, tak jej nabrał ogromnych pokładów fałszywej serdeczności, gdy zmierzali ku jej ukochanej matce oraz jej przyjaciółek. Charlotte nie pamiętała, jak te się nazywały – nigdy nie zaprzątała sobie głowy ludźmi, którzy jej nie interesowali – ale jedna chyba była jakoś tam spokrewniona z Blackami… a może coś jej pomyliło, nieważne, grunt, że mieli widownię!
Pani Crouch wyglądała, jakby pod nos podsunięto jej coś wyjątkowo paskudnego.
– Jonathanie – wycedziła, kompletnie ignorując swoją córkę. – Widzę, że wciąż nie nauczono cię ani odrobiny kultury.
– Matko, jak możesz? – westchnęła Charlotte, trzepocząc rzęsami, jakby w oczach zaraz miały stanąć jej łzy i bardziej wtuliła się w Jonathana. – Nie obrażaj mojego partnera. Panie znają już mojego narzeczonego? To najwspanialszy mężczyzna w Anglii, dla niego uciekłabym nawet na inny kontynent.
– Przestań się wygłupiać, Charlotte.