Ona sama nijak nie pasowała nigdzie; mościła swoją niszę bez poczucia przynależności zarówno jak społeczności, rodziny czy lokacji – drgała niby liść na wietrze i pomimo faktu, iż jej poglądy były twardo ugruntowane, nie określała się w absolucie bytowania; prawdopodobnie dlatego, że nie posiadała w sobie wystarczająco zaparcia, aby chcieć zawzięcie walczyć z rzeczywistością. Fakt, iż wierzyła, że wszystko jest zapisane w gwiazdach stanowił odrębną wartość, nie bez wpływu jednak na kreślone przez nią kroki. Wróżbiarstwo pełniło chlubną funkcję w jej surowym jestestwie – jakżeby mogła nie ufać uniwersum, gdy sama była naznaczona darem jasnowidztwa?
Nie chełpiła się udawaniem innej osoby, przybierania masek na wzór tych weneckich, zza których niewydatna byłaby jej faktyczna osobowość; z marmurowego oblicza nie można było wyczytać mnogości uczuć, nie grała jednak absolutnie nigdy. Prawdopodobnie dlatego bankiety zastawały ją obraźliwą wobec swojej krasy, nieprzybierającą pokaźne warstwy kurtuazji, tak dusznej jak miałki puder i nuty zapachowe układające się w zagłębieniach szyi panien o chichocie dźwięcznym i słowach delikatnych.
– Nie zgaduj zatem. Możesz być pewien, że nie będę ci się zwierzać z rodzinnych dramatów. Zapewne myślisz, że twoja otwartość jedna ci ludzi. Może tak jest, może nie – we mnie zaufania nie uda ci się wzbudzić – odparła surowo.
Jej mimika nie drżała w żadnym aspekcie, przywodząc na myśl skutą w kamieniu postać – wydawała się w najprostszy sposób dziwna, a każde słowo sączące się z jej ust miało potencjał, aby aspirować do rangi poważnego. Liczyła, że go tym odstraszy, tak jak odstrasza każdego – na próżno.
Ciekawość z kolei rozbudzała płomieniem z równą żarliwością, jak niechęć wobec jej osoby.
– A powinno powstrzymać – odparła. – Chyba że jesteś w najprostszy sposób nierozważny – zabrzmiała grozą. – Masz szczęście, że nie jestem dziś w tak psim nastroju, jak na ogół, więc z mojej strony może grozić ci jedynie naplucie do szklanki.
A słowa te wypowiedziała z niezachwianą powagą.
Uniosła szklankę ponownie do warg, zamaczając je w cierpkim trunku, co spuentował cień grymasu, który przeszedł się na palcach przez jej oblicze.
– Możemy zrobić eksperyment i włożyć twoją dłoń do formaliny. Czy z ciekawości jesteś skłonny również pozbyć się kończyny? Jak daleko posunięty jest twój upór? – zabrzmiała pytaniem, przekrzywiając nieznacznie głowę opartą policzkiem na dłoni.