30.05.2024, 16:54 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.05.2024, 16:58 przez Christopher Rosier.)
Na parkiecie, kłócę się o pannę z Atreusem
– Akurat nie byłem na tamtym balu – powiedział Christopher. Chodziło zresztą o przyjęcie Longbottomów, więc pewnie prędzej ona dostałaby zaproszenie niż on. – Bez szaleństw? Mildred, nie poznaję cię – oświadczył z odrobiną rozbawienia, obracając ją, jakby na przekór jej słowom, ale tak naprawdę wcale nie chciał, aby się przewróciła, zrobił to więc dość powoli. Muzyka zresztą nie należała do tych żywiołowych, to w końcu nie była zabawa przy mugolskich hitach, a wesele czystej krwi…
– Na całe szczęście, unikam mioteł, tym więc mnie nie przestraszysz…
Nie zdążył powiedzieć wiele więcej. Nim jeszcze piosenka dotrwała do końca, zbliżył się do nich Atreus Bulstrode i, o zgrozo, nie dość, że poprosił do tańca JEGO partnerkę, to jeszcze usiłował przepchnąć go barkiem. Niby przypadkiem, ale Rosier też był Ślizgonem. Wiedział, że takie rzeczy nigdy nie były przypadkowe. Zatrzymali się wprawdzie w tańcu, ciężko podążać w rytm walca, gdy ktoś się na ciebie wpycha, ale zaparł się, by nie drgnąć nawet o centymetr, odruchowo mocniej przyciągając do siebie Mildred, jego ręce otoczyły jej talię, jakby uważał, że zaraz spróbuje mu ją ktoś wyrwać z ramion.
Nie żeby zamierzał przetańczyć z nią cały wieczór, ale to już była bezczelność. Christopher naprawdę nie lubił, kiedy ktoś ruszał coś, co było j e g o, a nawet jeśli Moody nie do końca dało się tak nazwać, to ten taniec do niego należał. No jakim musiałby być bałwanem, by dać się ot tak odesłać w kąt? Mogli być sobie kolegami ze szkoły, ale Christopher w głębi ducha nie mógł wybaczyć Atreusowi, że ostatnio ten stał się popularniejszy od niego i ani myślał ot tak oddać mu partnerki. A i no... była jednak półkrwi na imprezie Blacków. Niezbyt chciał się przekonać, jak to się skończy.
– Atreusie, Atreusie, naprawdę, aż tak nie możesz powstrzymać się przed podbojami kolejnych numerków na liście? Która to będzie w tym miesiącu? – zapytał niby to grzecznie, ale jego twarz ułożyła się w nieładny grymas. – I to na oczach twojej Lorraine, naprawdę? – Wciąż podejrzewał, że to z jej powodu Bulstrode zerwał zaręczyny, tak jak ponoć Ludovicka zakończyła związek, gdy zorientowała się, że ta dwójka wciąż robi do siebie maślane oczy… I och, czy wspomniał o tym przez przypadek właśnie w takich słowach? Oczywiście, że nie. Chciał od razu zdyskredytować go w oczach Mildred. – Mówiłem, że ta suknia uczyni cuda, a nie wierzyłaś – stwierdził, zwracając się do dziewczyny.
– Akurat nie byłem na tamtym balu – powiedział Christopher. Chodziło zresztą o przyjęcie Longbottomów, więc pewnie prędzej ona dostałaby zaproszenie niż on. – Bez szaleństw? Mildred, nie poznaję cię – oświadczył z odrobiną rozbawienia, obracając ją, jakby na przekór jej słowom, ale tak naprawdę wcale nie chciał, aby się przewróciła, zrobił to więc dość powoli. Muzyka zresztą nie należała do tych żywiołowych, to w końcu nie była zabawa przy mugolskich hitach, a wesele czystej krwi…
– Na całe szczęście, unikam mioteł, tym więc mnie nie przestraszysz…
Nie zdążył powiedzieć wiele więcej. Nim jeszcze piosenka dotrwała do końca, zbliżył się do nich Atreus Bulstrode i, o zgrozo, nie dość, że poprosił do tańca JEGO partnerkę, to jeszcze usiłował przepchnąć go barkiem. Niby przypadkiem, ale Rosier też był Ślizgonem. Wiedział, że takie rzeczy nigdy nie były przypadkowe. Zatrzymali się wprawdzie w tańcu, ciężko podążać w rytm walca, gdy ktoś się na ciebie wpycha, ale zaparł się, by nie drgnąć nawet o centymetr, odruchowo mocniej przyciągając do siebie Mildred, jego ręce otoczyły jej talię, jakby uważał, że zaraz spróbuje mu ją ktoś wyrwać z ramion.
Nie żeby zamierzał przetańczyć z nią cały wieczór, ale to już była bezczelność. Christopher naprawdę nie lubił, kiedy ktoś ruszał coś, co było j e g o, a nawet jeśli Moody nie do końca dało się tak nazwać, to ten taniec do niego należał. No jakim musiałby być bałwanem, by dać się ot tak odesłać w kąt? Mogli być sobie kolegami ze szkoły, ale Christopher w głębi ducha nie mógł wybaczyć Atreusowi, że ostatnio ten stał się popularniejszy od niego i ani myślał ot tak oddać mu partnerki. A i no... była jednak półkrwi na imprezie Blacków. Niezbyt chciał się przekonać, jak to się skończy.
– Atreusie, Atreusie, naprawdę, aż tak nie możesz powstrzymać się przed podbojami kolejnych numerków na liście? Która to będzie w tym miesiącu? – zapytał niby to grzecznie, ale jego twarz ułożyła się w nieładny grymas. – I to na oczach twojej Lorraine, naprawdę? – Wciąż podejrzewał, że to z jej powodu Bulstrode zerwał zaręczyny, tak jak ponoć Ludovicka zakończyła związek, gdy zorientowała się, że ta dwójka wciąż robi do siebie maślane oczy… I och, czy wspomniał o tym przez przypadek właśnie w takich słowach? Oczywiście, że nie. Chciał od razu zdyskredytować go w oczach Mildred. – Mówiłem, że ta suknia uczyni cuda, a nie wierzyłaś – stwierdził, zwracając się do dziewczyny.