30.05.2024, 18:25 ✶
na parkiecie z Christopherem Rosierem oraz Atreusem Bulstrodem
Ach tyle tych bali, ledwie można spamiętać prawda? Christopher Rosier powinien być wszystkim tym, nie... on był wszystkim tym, co Mildred powinno od siebie odpychać. Czyściuchowy, zadufany w sobie ślizgon, który nos wyściubia ze swojej pracowni tylko po to by pobrylować po salonach, pokazać się na tyle, by nie zapomnieli, jak się nazywa i zniknąć. Był zaborczym dupkiem, był też na swój sposób poetą w tym jak tworzył i co tworzył. A ona w jego sukniach, zgodnie z własnymi słowami sprzed kilku miesięcy, czuła się jak poemat. I choć w żadnej mierze ta relacja nie wieszczyła weselnych dzwonów (zupełnie jakby Millie kiedykolwiek na tym zależało), to był jej przewodnikiem po eksplorowaniu takich rejonów siebie, o które nigdy by się nie podejrzewała.
Na przykład teraz...
...krok, krok, to takie proste. Raz, dwa, trzy, raz, dwa, trzy, na palce... Nawet kiedy się gubiła, przecież Isaac pocieszał, że od tego jest partner, aby prowadzić. Buńczuczna Moody obruszała się na ten seksizm, do czasu aż nie zdała sobie sprawy, że kiepski partner momentalnie był eksponowany brakiem tej inicjatywy, potknięcia partnerki zawsze były jego odpowiedzialnością. Mogła też go nie posłuchać. Chciała go słuchać. Raz, dwa, trzy. Bierność i przyjmowanie, uległość, obce słowa. Gdzie walka? Gdzie pasja?
Nagle jak spod ziemi wyrósł przy nich Atreus i przyniósł ze sobą wszystko, czego jej brakowało. Wiatr zawiał, bitka wisiała w powietrzu tylko... Moody nie miała pojęcia jak się zachować. Wiedziała, co zrobiłaby normalnie, jak wyśmiałaby pięknisia, sama pewnie wyliczyła jego miłostki, a następnie kazała iść wytrzeźwieć. A może zatańczyłaby z nim i na końcu wpiła się w jego usta zachłannie, gryząc dolną wargę do krwi, żeby pamiętał o niej przez najbliższy tydzień. Ale teraz stała między mężczyznami ubrana tylko w swoją leistą skórę, ona, piękny kwiat, który dostał bieloną podłogę, ale nikt nie wyprał jej duszy przed przyjściem tutaj. Spłoszyła się. Czy jej policzki zaróżowiły się na tak szczerze i z emfazą wypowiedziany komplement? Nie, to z pewnością gniew, to na pewno gniew, bo przecież on musiał kłamać, kpić z niej, musiał ją rozpoznać i chcieć ją przed wszystkimi upokorzyć. Zbyt długo się znali, by mogła mu uwierzyć.