30.05.2024, 18:55 ✶
Jonathan Selwyn zdecydowanie martwił się o Clarę Avers. Jeszcze wczoraj sądził, że to może jedynie paranoja i zbiegi okoliczności, ale jednak wczorajsze wydarzenie jedynie utwierdziło go w przekonaniu, że czarownicy naprawdę mogło grozić niebezpieczeństwo.
I trzeba było coś z tym zrobić, bo Jonathan był prędzej skłonny puścić cały Teatr Selwynów z dymem, niż pozwolić, by ci idioci, nazywający się Śmierciożercami (Kto w ogóle wpadł na tę głupią nazwę? Jedli śmierć? Nie, nie jedli. Rozumiał, że w ich głowach mogła to być jakaś "wymyślna" metafora, ale najwyraźniej jednak były powody czemu zajmowali się atakami na niewinnych, a nie poezją), dopadli jedną z ich pracownic.
Na całe szczęście Jonathan mógł sięgnąć na razie po inne metody radzenia sobie z tym problemem, niż ogień i wybuchy. I właśnie dlatego stał właśnie przed Teatrem Selwynów z niejaką Millie Moody i jej kokiem, których poznał dosłownie kilka minut temu.
– Pani Avers miała wrażenie, że ktoś ją śledzi, jeden ochroniarz to potwierdził. Z kolei moja kuzynka i ja widzieliśmy tutaj kogoś obserwującego budynek. Nie mogłem przyjrzeć mu się dokładnie, ale wygladał, jakby miał pół mózgu przeżarte przez tę ich robaczywą ideologię – tłumaczył czarownicy szeptem, próbując z całych sił patrzeć się na jej twarz, a nie wymyślną fryzurę. To był bardzo dziwny kok. Taki... Bardziej na sesję zdjęciową w odpowiednich do tego ubraniach, niż do chodzenia na co dzień. Sam wyjątkowo ubrał się dość niepozornie, rezygnując ze swojego czerwonego zimowego płaszcza, na rzecz czarnego, ale wciąż dobrze skrojonego, bo przecież można było być ubranym i dobrze i dyskretnie.
A skoro już o przyglądaniu się była mowa, to Jonathan postanowił na niemal dzień dobry zerknąć na aurę kobiety, z którą przyszło mu dzisiaj współpracować. Kto wie, może to po prostu była jakaś źle ukierunkowana artystyczna dusza?
Rzut na aurowidzenie
I trzeba było coś z tym zrobić, bo Jonathan był prędzej skłonny puścić cały Teatr Selwynów z dymem, niż pozwolić, by ci idioci, nazywający się Śmierciożercami (Kto w ogóle wpadł na tę głupią nazwę? Jedli śmierć? Nie, nie jedli. Rozumiał, że w ich głowach mogła to być jakaś "wymyślna" metafora, ale najwyraźniej jednak były powody czemu zajmowali się atakami na niewinnych, a nie poezją), dopadli jedną z ich pracownic.
Na całe szczęście Jonathan mógł sięgnąć na razie po inne metody radzenia sobie z tym problemem, niż ogień i wybuchy. I właśnie dlatego stał właśnie przed Teatrem Selwynów z niejaką Millie Moody i jej kokiem, których poznał dosłownie kilka minut temu.
– Pani Avers miała wrażenie, że ktoś ją śledzi, jeden ochroniarz to potwierdził. Z kolei moja kuzynka i ja widzieliśmy tutaj kogoś obserwującego budynek. Nie mogłem przyjrzeć mu się dokładnie, ale wygladał, jakby miał pół mózgu przeżarte przez tę ich robaczywą ideologię – tłumaczył czarownicy szeptem, próbując z całych sił patrzeć się na jej twarz, a nie wymyślną fryzurę. To był bardzo dziwny kok. Taki... Bardziej na sesję zdjęciową w odpowiednich do tego ubraniach, niż do chodzenia na co dzień. Sam wyjątkowo ubrał się dość niepozornie, rezygnując ze swojego czerwonego zimowego płaszcza, na rzecz czarnego, ale wciąż dobrze skrojonego, bo przecież można było być ubranym i dobrze i dyskretnie.
A skoro już o przyglądaniu się była mowa, to Jonathan postanowił na niemal dzień dobry zerknąć na aurę kobiety, z którą przyszło mu dzisiaj współpracować. Kto wie, może to po prostu była jakaś źle ukierunkowana artystyczna dusza?
Rzut na aurowidzenie
Rzut Z 1d100 - 34
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut Z 1d100 - 52
Sukces!
Sukces!