28.12.2022, 23:55 ✶
- Czasem pewnych rzeczy nie chcemy pokazać właśnie tym, których kochamy najbardziej – powiedziała Florence cicho. Żałowała trochę, że zasugerowała takie rozwiązanie Stewardowi. Wiedziała, że pytanie, co doprowadziło Avery do samobójstwa będzie ją dręczyć. W jego wypadku stanie się więc to pewnie o wiele, wiele gorsze.
- W porządku. Prowadź – zgodziła się bez oporów. Gdyby wiedziała, o co chodziło, zapewniłaby pewnie, że szanse na to, że jej bracia go zobaczą, są bardzo niewielkie, ale nie zamierzała o nic pytać. Nie dzisiaj. Dziś mogła tylko zabrać go z tego zimnego, ciemnego parku, podsunąć mu kubek z herbatą i siedzieć u jego boku, jak czasem zdarzało się jej nocami przy pacjentach, których stanu nie była pewna. Po prostu być obok, z nadzieją, że ta obecność choć trochę odgoni wszystkie cienie i widma, które mogłyby go nawiedzić.
Podniosła się z ławki i wyciągnęła do niego rękę, by pomóc mu wstać, jeżeli zechciał ją ująć. Chciała jak najszybciej zabrać Stewarda z parku, bo jej dusza uzdrowicielki wykrzykiwała rzeczy w rodzaju „odmrożenia!”, „zapalenie płuc!”, „ogólny spadek odporności”! Chusta, narzucona mu na ramiona, na pewno nie chroniła przed chłodem dostatecznie.
Gdy szli przez ośnieżone ulice, nie próbowała zmuszać Stewarda do rozmowy, choć starała się mówić, jeżeli odnosiła wrażenie, że on chce tej rozmowy. A kiedy dotarli do jego mieszkania, poczekała cierpliwie na to, by albo stwierdził, że może tu wejść – albo zabrał swoje ubrania i razem z nią, najlepiej za pomocą sieci Fiuu, przemieścił się do jej mieszkania. Zadbała o to, by wypił coś ciepłego, okrył się kocem i wyleczyła wszystkie obrażenia, jakie wyleczyć mogła.
Bo niektóre z nich sięgały o wiele zbyt głęboko, aby mogła zaradzić na nie jedna uzdrowicielka.
- W porządku. Prowadź – zgodziła się bez oporów. Gdyby wiedziała, o co chodziło, zapewniłaby pewnie, że szanse na to, że jej bracia go zobaczą, są bardzo niewielkie, ale nie zamierzała o nic pytać. Nie dzisiaj. Dziś mogła tylko zabrać go z tego zimnego, ciemnego parku, podsunąć mu kubek z herbatą i siedzieć u jego boku, jak czasem zdarzało się jej nocami przy pacjentach, których stanu nie była pewna. Po prostu być obok, z nadzieją, że ta obecność choć trochę odgoni wszystkie cienie i widma, które mogłyby go nawiedzić.
Podniosła się z ławki i wyciągnęła do niego rękę, by pomóc mu wstać, jeżeli zechciał ją ująć. Chciała jak najszybciej zabrać Stewarda z parku, bo jej dusza uzdrowicielki wykrzykiwała rzeczy w rodzaju „odmrożenia!”, „zapalenie płuc!”, „ogólny spadek odporności”! Chusta, narzucona mu na ramiona, na pewno nie chroniła przed chłodem dostatecznie.
Gdy szli przez ośnieżone ulice, nie próbowała zmuszać Stewarda do rozmowy, choć starała się mówić, jeżeli odnosiła wrażenie, że on chce tej rozmowy. A kiedy dotarli do jego mieszkania, poczekała cierpliwie na to, by albo stwierdził, że może tu wejść – albo zabrał swoje ubrania i razem z nią, najlepiej za pomocą sieci Fiuu, przemieścił się do jej mieszkania. Zadbała o to, by wypił coś ciepłego, okrył się kocem i wyleczyła wszystkie obrażenia, jakie wyleczyć mogła.
Bo niektóre z nich sięgały o wiele zbyt głęboko, aby mogła zaradzić na nie jedna uzdrowicielka.
Koniec sesji