31.05.2024, 00:07 ✶
Gdyby tylko mogła, zalałaby polanę żywicą złotą jak kolor jej oczu. Gdyby tylko mogła, nie wypuściłaby stąd nikogo. Brakło kilku drogich jej osób to fakt, ale te które przyszły tego dnia spotkać się z nią, były dla niej ważne, były jej rodziną, która pomogła jej przetrwać wiele lat i pomogła jej teraz stanąć na nogi, w tym słodkim szaleństwie odbudowywać wrażenie normalności i stabilizacji. Cóż, ostatecznie normalność i stabilizacja w przypadku Moody zawsze była... nieco kreatywna w swym znaczeniu.
Czuła jednak jak głowa jej iskrzy, jak lęki wracają, zaborczo sięgając do skroni, a słowa Brenny z dzisiejszego poranka domagają się posłuchu.
Nie żyjemy w miłych czasach
Słowa odbijały się echem, prawdziwe, ale tak bolesne. Każdy w końcu czekał na swój gwóźdź ułożony z fusów w filiżance przeznaczenia. Millie wiec rysowała, rysowała zapamiętale, jakby od tego zależało jej życie. Tak jej polecił lekarz, że to ponoć miało pomóc, choć często miało to odwrotny skutek, pogłębiając tylko jej depresyjne stany. Rysowała licząc, że to co widziała i to czego doświadczyła było prawdziwe, a nawet jeśli nie... cóż, takim to zapamięta. To były tylko szkice, kreski i koła nałożone na siebie, pod większy obraz, większą myśl. Uczucia. Miłość pewnie. Dużo serca. Strachu. Za każdym razem gdy ręka drżała aby zamalować twarze, za każdym razem, gdy grafit chciał rozerwać stronę, by czarną smugą przedstawić śmiertelny cios, rozbryzg krwi, za każdym razem porzucała szkic, przewracała kartkę i rysowała dalej. Coś innego. Kogoś innego. Marząc i pragnąc, by były to tylko koszmary a nie prorocze wizje. Nigdy dotąd nie pragnęła bardziej być tą wybrakowaną Trelawney.
Czuła jednak jak głowa jej iskrzy, jak lęki wracają, zaborczo sięgając do skroni, a słowa Brenny z dzisiejszego poranka domagają się posłuchu.
Nie żyjemy w miłych czasach
Słowa odbijały się echem, prawdziwe, ale tak bolesne. Każdy w końcu czekał na swój gwóźdź ułożony z fusów w filiżance przeznaczenia. Millie wiec rysowała, rysowała zapamiętale, jakby od tego zależało jej życie. Tak jej polecił lekarz, że to ponoć miało pomóc, choć często miało to odwrotny skutek, pogłębiając tylko jej depresyjne stany. Rysowała licząc, że to co widziała i to czego doświadczyła było prawdziwe, a nawet jeśli nie... cóż, takim to zapamięta. To były tylko szkice, kreski i koła nałożone na siebie, pod większy obraz, większą myśl. Uczucia. Miłość pewnie. Dużo serca. Strachu. Za każdym razem gdy ręka drżała aby zamalować twarze, za każdym razem, gdy grafit chciał rozerwać stronę, by czarną smugą przedstawić śmiertelny cios, rozbryzg krwi, za każdym razem porzucała szkic, przewracała kartkę i rysowała dalej. Coś innego. Kogoś innego. Marząc i pragnąc, by były to tylko koszmary a nie prorocze wizje. Nigdy dotąd nie pragnęła bardziej być tą wybrakowaną Trelawney.
Rzemiosło 0
Rzut T 1d100 - 50
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut T 1d100 - 72
Sukces!
Sukces!