Papierosów, niestety, w tym domu nie było. Było cygaro, które zostało już podarowane, a którego zapas nie został uzupełniony, bo Laurent nie miał do tego głowy. Ani nie miewał ostatnio gości nawet, którzy palą, wyłączając w to samego Flynna. Nawet gdyby były to zaaferowany wszystkimi myślami i spływającymi, znajdującymi się za kurtyną emocjami Laurent nie widział tego, co robi Edge. Nie dostrzegał, że te ruchy to tik uzależnionego i to nie dlatego, że nie potrafił tych tików rozpoznać - przecież sam je kiedyś miał. Zwyczajnie jego mózg spowolnił do takiego tempa, że załapywanie rzeczy stało się częściową przeszkodą. Ha! Sam sobie był przeszkodą. Drążył te aspekty tego spotkania, te szczegóły i szczególiki, kręcił się wokół rzeczy, o których nawet nie powinien rozmyślać, zamiast dostrzegać to co tu i teraz. I koniec końców - skupiał się na sobie. Mógł mówić. Gadać, gadać i gadać, jak opętaniec, tylko dlatego, że ktoś słuchał w taki sposób, w jaki słuchał on. Dziwne, co? Jakby istniały różne typy słuchania na tym świecie. Istnieją. Słuchać go chciały różne osoby: Victoria, Olivia, Florence, Nicholas, Pandora, Vincent... i cóż z tego? Jego próżność bycia gwiazdką migającą wesoło była zapełniona dopiero przy osobach takich jak Edge. Nawet powiedziałby, że każda z tych osób była innym słuchaczem.
- Są chwile, w których jesteś zajęty czymś innym niż smutkiem. - Dopiero słysząc śmiech Flynna rozchylił powieki, żeby na niego spojrzeć. I tak, to prawda, był bardzo smutnym człowiekiem. Tak smutnym, że Laurenta to zupełnie przejmowało i tak mówił sobie, że to głupota się przez to nim zajmować, jak i każdą myślą zastanawiał się, jak się nim zająć. - Nie mogę. - Powtórzył, kładąc przed siebie tarczę. I chronić miała ona jego przed światem, czy świat przed nim..? - Inaczej w pewnym momencie zaczęłoby mi się to za bardzo podobać. - To było tak zatrważająco ekscytujące, że kiedy Laurent przyłapywał samego siebie jak unosiła go wizja władzy, która wykracza poza to, po co człowiek powinien sięgać to przerażał samego siebie. I nie rozumiał, skąd się to brało, bo przecież nie był takim człowiekiem. Przecież krew go obrzydzała, a rany były straszne. Ból był straszny. Tak... straszny...
Zmiana pozycji Flynna i głowa na jego ramieniu sprawiła, że Laurent drgnął. Zaskoczony, wyciągnięty z tych lepkich, brzydkich myśli, które nie powinny w ogóle się w nim lęgnąć, rozluźnił się zaraz i poprawił tak, żeby Flynnowi było wygodniej trwać w tej pozycji, obejmując go ramieniem.
- Najnowszych... gdzie są najnowsze? - Sięgnął po dziennik, trochę niepewny, jak go otworzyć, żeby to były najnowsze rysunki. Sam prowadził swoje bazgroły w swoim i chociaż pokazywał czasem ludziom jego fragmenty i nie było w nim niczego stricte prywatnego to nie chciałby, żeby ktoś go kartkował. Tak czy siak w końcu zeszyt otworzył, jeśli nie otworzył go Flynn to sam postarał się go otworzyć od końca, żeby lecieć od ostatniej zapisanej strony. Tak, Laurent był ciekawski, miewał brak opamiętania w dociekliwości i zadawaniu pytań, ale nie należał do osób myszkujących komuś po prywatnych rzeczach.
Aż znów zaczęły mu drżeć te dłonie, kiedy patrzył na to otępiałym spojrzeniem. Plany. Domu. Pociągnął nosem, czując ciepło wzruszenia tak głębokiego, że nim wstrząsała. I znów - nie rozumiał. Niby rozumiał, a jednak miał problem z wlepieniem tego do swojej rzeczywistości.
- Mówiłem... że znalazłbym dla ciebie lepsze zastosowanie niż tylko podpórka pod nogi. - Zadrżały mu też kąciki warg w tym wzruszeniu, kiedy dotykał tych kartek z nabożną czcią. - Dziękuję. Jesteś taki kochany i słodki. Utalentowany. - Pogładził go czule po głowie. I nie zdał sobie sprawy z tego, że dokładnie tak samo głaszcze swojego psa.