29.12.2022, 11:50 ✶
Darcy miał ambiwalentne odczucia przed spotkaniem z Eunice. I nie chodziło o odczucia wobec samej panny Malfoy, tfu, Black. Ją lubił – byli w podobnym wieku, trafili do Slytherinu, Eunice nigdy nie dawała po sobie specjalnie poznać, że traktuje go z góry z powodu swojego nazwiska i miała dobre kontakty z Daisy (tak, Darcy należał do tych nadopiekuńczych braci, którzy oceniali ludzi przez podejście do swojej siostry). A. No i była ładną blondynką. Bycie ładną blondynką zapewniało u Lockharta plus pięć punktów do sympatii.
Nie. Chodziło o jego twórczość.
W swej niezmierzonej pewności siebie Darcy uważał, że napisał książkę świetną. I miał nawet po części rację, bo po pierwsze, posługiwał się słowem bardzo sprawnie, po drugie, posiadł magię, umożliwiającą przelewanie na karty uczuć. Z drugiej strony fabuła klasyfikowała ją jednak jako „romansidło”, a na te niektórzy patrzyli z góry. I w tej jego pewności siebie pojawiały się drobniutkie szczeliny. Darcy trochę więc opinią Eunice się martwił, oscylując gdzieś pomiędzy „na pewno się jej spodoba”, „jak się jej nie spodoba, to się nie zna”, „a co, jeżeli się jej nie spodobało i nikomu innemu się też nie spodoba, i moja wielka kariera legnie w gruzach?!”.
W herbaciarni pojawił się pięć minut przed umówioną godziną spotkania. Starannie uczesany, elegancko ubrany – nie dlatego, że planował próbować podrywać Eunice (nie był aż tak szalony, by starać się o względny młodej mężatki, poza tym czuł podskórnie, że mógłby zostać tutaj okrutnie odrzucony, a jego miłość własna bardzo by przy tym ucierpiała), ale dlatego, że po prostu chciał wypaść jak najlepiej. A, i wiedział, że jego koleżankę z lat szkolnych stać na najlepsze ubrania. Gdy dostrzegł ją przy stoliku uśmiechnął się szeroko, ruszając w jej stronę.
Jego uśmiech nieco przygasł, kiedy zauważył w filiżance na wpół wypitą, wystygniętą już kawę. I ostatecznie nie spytał o to wszystko, o co spytać chciał, czyli co u niej słychać, jak tam staż, jak tam małżeństwo, czy pani Black, znaczy się ta starsza, naprawdę jest tak nieznośna i wreszcie najważniejsze: co myśli o jego książce?
- Och nie. Spóźniłem się? – spytał, nerwowo zerkając na zegarek. – Przepraszam, naprawdę przepraszam! Byłem pewny, że umówiliśmy się na trzecią. Pomyliłem godziny? Nie chciałem, przysięgam – zapewnił pośpiesznie, zdejmując płaszcz, by powiesić go na oparciu wolnego krzesła przy ich stoliku.
Nie. Chodziło o jego twórczość.
W swej niezmierzonej pewności siebie Darcy uważał, że napisał książkę świetną. I miał nawet po części rację, bo po pierwsze, posługiwał się słowem bardzo sprawnie, po drugie, posiadł magię, umożliwiającą przelewanie na karty uczuć. Z drugiej strony fabuła klasyfikowała ją jednak jako „romansidło”, a na te niektórzy patrzyli z góry. I w tej jego pewności siebie pojawiały się drobniutkie szczeliny. Darcy trochę więc opinią Eunice się martwił, oscylując gdzieś pomiędzy „na pewno się jej spodoba”, „jak się jej nie spodoba, to się nie zna”, „a co, jeżeli się jej nie spodobało i nikomu innemu się też nie spodoba, i moja wielka kariera legnie w gruzach?!”.
W herbaciarni pojawił się pięć minut przed umówioną godziną spotkania. Starannie uczesany, elegancko ubrany – nie dlatego, że planował próbować podrywać Eunice (nie był aż tak szalony, by starać się o względny młodej mężatki, poza tym czuł podskórnie, że mógłby zostać tutaj okrutnie odrzucony, a jego miłość własna bardzo by przy tym ucierpiała), ale dlatego, że po prostu chciał wypaść jak najlepiej. A, i wiedział, że jego koleżankę z lat szkolnych stać na najlepsze ubrania. Gdy dostrzegł ją przy stoliku uśmiechnął się szeroko, ruszając w jej stronę.
Jego uśmiech nieco przygasł, kiedy zauważył w filiżance na wpół wypitą, wystygniętą już kawę. I ostatecznie nie spytał o to wszystko, o co spytać chciał, czyli co u niej słychać, jak tam staż, jak tam małżeństwo, czy pani Black, znaczy się ta starsza, naprawdę jest tak nieznośna i wreszcie najważniejsze: co myśli o jego książce?
- Och nie. Spóźniłem się? – spytał, nerwowo zerkając na zegarek. – Przepraszam, naprawdę przepraszam! Byłem pewny, że umówiliśmy się na trzecią. Pomyliłem godziny? Nie chciałem, przysięgam – zapewnił pośpiesznie, zdejmując płaszcz, by powiesić go na oparciu wolnego krzesła przy ich stoliku.